Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 


24.10.2017

Ronju, czekałam na ciebie

Na ten właśnie spektakl łódzkiego Teatru Lalek PINOKIO czekałam 11 festiwalowych dni… “Ronja, córka zbójnika” to nie wierna literze utworu inscenizacja powieści Astrid Lindgren, a  adaptacja (w tłumaczeniu Julity Grodek), którą reżyserka Karolina Maciejaszek poprowadziła tropem zdarzeń wikłających nas w odwieczny konflikt pokoleń. Spektakl stał się pretekstem do rozważań nad etapem w relacji rodzic - dziecko najtrudniejszym - a nie do uniknięcia, spodziewanym - a zawsze zaskakującym. Dorastaniem… Na scenie próba zmierzenia się z tym, co dla dziecka zastane, ukonstytuowane, narzucone, wmówione, a dla rodzica drogie, niezmienne, oczywiste, od zawsze i nie do ruszenia. Zderzenie tych dwu światów po raz drugi, już nie przy narodzinach, a przy dojrzalszym na niego przez dziecko spojrzeniu, zmusza je do stawiania trudniejszych niż dotąd pytań, do pierwszych krytycznych ocen, rodzi wątpliwości i niesie ze sobą potrzebę podejmowania własnych decyzji. Młody człowiek zaczyna myśleć i działać sam. I nieraz boleśnie odtrącać to, co mu dane… 
Nieuchronnemu i przesądzonemu następstwu zdarzeń reżyserka daje drugie życie, osadzając je w wykreowanym przez Marikę Wojciechowską zbójeckim klimacie i anturażu rodem z odzianych w skóry i ozdobionych rogami czasów Wikingów. W surowej, czerpiącej z natury scenerii, gdzie jedynym śladem człowieka jest przywołująca na myśl dom prosta konstrukcja, wśród ściętych pni, sęków i patyków, w bezmiarze leśnych plenerów, który mieści cały świat dzikich stworów, Szaruchów i Wietrzydeł jest miejsce tylko dla jednej zbójeckiej rodziny. Z drugą, która po cichu zajmuje lewe skrzydło opuszczonego zamku, robi się zbyt ciasno… Do czerwoności rozgrzewa od wieków wskrzeszany i nieustępliwie pielęgnowany spór walczących na śmierć i życie band Mattisa (Łukasz Bzura) i Borka (Krzysztof Ciesielski). I choć wiele tu żywiołowych i widowiskowych, a efektownie ujętych w symboliczny nawias, scen zbójeckich bójek, są one jedynie tłem dla wewnętrznej walki córki Mattisa, Ronji (ujmująco naturalna Natalia Wieciech).
Piotr Klimek do tego ascetycznego, a robiącego niemniejsze od widowiska wrażenie spektaklu, skomponował nieraz przez zbójników mruczaną, nieraz wystukiwaną obcasami ich butów, nieraz niczym rockowy koncert dudniącą w piersi i porywającą wszystkich, wraz z powietrzem muzykę…
Powstała barwna, brawurowo zagrana przy subtelnym udziele lalek i wykorzystaniu uroków teatru cieni, ballada o dobru i złu, o odróżnieniu tych wartości, sztuce dokonywania wyborów i odpowiedzialności za nie. Ronji od narodzin, przez jej dorastanie i dochodzenie do własnej prawdy, towarzyszy zakuty w sędziwe, pełne ludzkiej brzydoty ciało lalki, Per (Ewa Wróblewska). Starzec pod łysą czaszką skrywający życiową mądrość, niczym chór z ironią i znawstwem tematu komentuje bieg wydarzeń, mimo woli podtrzymując morale braci i nie pozwalając zapomnieć dziewczynce o wartościach, o których jej ojciec stara się nie pamiętać. Gderliwy niczym dziadek członek bandy, nagi, jedyny prawdziwy, zepchnięty na drugi plan pod pretekstem “takiej kolei rzeczy”, jest niewygodnym, przerastającym wszystkich swą wnikliwością świadkiem, sumieniem… 
Ronja, niepokorna, chwytająca życie garściami, pełna niepokojów, rozpierana energią urokliwa maskotka całej bandy Mattisa, podejmuje pierwszą próbę walki o swoją niezależność. W tajemnicy przed wszystkimi łamie surowy zakaz ojca i zaprzyjaźnia się z Birkiem (Łukasz Batko), synem Borki - synem niebylejakim, bo herszta przeciwnej grupy łobuzów. Zamiast gniewu przenikliwego ojca, ściąga jednak na siebie doświadczenie pierwszej negacji i pierwszego buntu przeciw niemu, gdy wraz z nową przyjaźnią zyskuje przemilczaną w bandzie tajemnicę o ukochanym tacie… Piękna, czysta, dziecięco naiwna nie chce być córką kogoś, kto stracił w jej oczach wiarygodność, kto stracił jej zaufanie i szacunek. Ronja nie chce być córką złodzieja. Konfrontuje poukładany przez Mattisa świat z własnymi ideałami i gdy nadarza się okazja do kontestacji, czyni to z godnym nastolatki efektem. Protestując przeciw nieprawości ojca, ale może nade wszystko przeciw rozczarowaniu, które jej zadał, oddaje się w ręce Borki. Wypowiada ojcu wojnę.
Ronja za odwagę obrony swoich wartości, potrzebę samodzielności i wypowiadania się we własnym imieniu płaci cenę najwyższą, cenę odrzucenia. Teraz dojrzeć musi ojciec… Do bycia ojcem dziewczynki, która przeobraża się w kobietę. Musi nauczyć się jej nowej odrębności, jej granic ze wszystkimi tego konsekwencjami. Musi pozwolić jej mówić i nauczyć się jej słuchać, skoro jeszcze tego nie umie…

Zuzanna Talar

„Ronja,córka zbójnika” Teatr Pinokio/Łódź
autor: Astrid Lindgren
przekład: Julita Grodek
adaptacja: Alison Gregory
reżyseria: Karolina Maciejaszek
scenografia: Marika Wojciechowska
muzyka: Piotr Klimek
obsada: Łukasz Batko, Łukasz Bzura, Krzysztof Ciesielski, Danuta Kołaczek, Małgorzata Krawczenko, Żaneta Małkowska, Hanna Matusiak, Anna Sztuder-Mieszek, Natalia Wieciech, Ewa Wróblewska
premiera 27 lutego 2016
dla widzów od 7 lat


21.10.2017

O jabłka ten szum

“Traktat o wykradaniu owoców” Teatru Guliwer to pełne tajemnicy, niepewności, niecierpliwego oczekiwania i słodyczy spełnienia spotkanie wszystkich, którzy kiedyś kradli i którzy do takiego złodziejstwa dopiero dorastają. A może, tych, którzy posmakowali i tych, którzy dopiero będą smakować owocu zakazanego… Przeskakiwanie przez płot, ukrywanie się w ciemności nocy, szczekanie psa, obawy, szepty, trzask łamanej gałęzi, strach przed ogrodnikiem, szelest liści, w których się plądruje, spłoszony ptak, wiatr w koronach drzew, odgłos zrywanego jabłka, poczucie winy zmieszane z rozkoszą zdobywania i… dźwięk nadgryzania owocu. Trzy aktorki (Elżbieta Pejko, Anna Przygoda, Honorata Zajączkowska) pochylają się nad fragmentami kipiącego energią, uwodzącego niemal żywymi obrazami tekstu poety i prozaika Mariana Pankowskiego “Smagła swoboda”, docenionego ponad 60 lat temu przez paryską “Kulturę”. Studiują, smakują każde słowo, każdy fragment traktatu, subtelnie i z wdziękiem, litera po literze przeprowadzając nas przez pogrążony w nocy sad. Towarzyszy im w tym podążający za biegiem wydarzeń z gitarą, akompaniamentem i czujną improwizacją muzyk Adam Świtała. Muzycznie komentuje poddającą się wyłącznie losowi i prawom natury rzeczywistość, której my ludzie możemy się co najwyżej poddać, a o kontroli nad nią możemy już tylko pomarzyć.
Aktorki grają tak, jak pochłania się zakazany poemat, a może przygotowuje do roli… W rękach pomięte, czytane już po stokroć kartki, a głowa pełna wyrywających się spod powiek obrazów… Przy opuszczonej kurtynie siedzą na proscenium niczym na spotkaniu z widzem i swobodnie, acz ostrożnie, powoli - tak, żeby go nie spłoszyć - wciągają we wspólne za słowami autora podążanie i wspólne ich w życie wcielanie. Czyli do sedna sprawy dochodzenie. Ma się nieodparte wrażenie bycia na próbie, współudziału w twórczym działaniu, wspólnego doświadczania skojarzeń, oddechów, dźwięków i literatury z najwyższej półki, by po chwili stać wśród spowitych blaskiem księżyca jabłoni. Artystom co i róż wychodzącym ze swych ról i zapraszających widza do zabaw niemal podwórkowym, acz niemniej z tematem związanych, udaje się zatrzeć granicę pomiędzy sobą, a widzami. To jak przyjęcie do wąskiego grona wtajemniczonych, gdzie mędrzec Pankowski dyskretnie, w zaufaniu i po cichu uczy nas sztuki złodziejstwa, która w jego słowach brzmi, jak boskie doznanie, którego każdy musi skosztować… Soczysta, wysmakowana i bijąca życiową energią proza, choć nie zadedykowana scenie, dzięki reżyserskim zabiegom Roberta Jarosza i żywiołowej grze aktorek zyskał i to przeznaczenie.
Szkoda, że ten w kameralnej odsłonie spektakl nie bierze udziału w konkursie Festiwalu KORCZAK, ale na przeszkodzie być może stanęłaby mu nie tylko platforma edukacji teatralnej, której został przyporządkowany, ale i sam ogrodnik… Twórcy spektaklu w moim odczuciu zaprzepaścili szansę, na ukazanie piękna ludzi ziemi. Ludzi pracujących ciężko, z wielkim poświęceniem, godnym podziwu znawstwem tematu i nierzadko z wielką miłością. Miłością, której my laicy, my miastowi, uwikłani w wynikające z niewiedzy i poczucia wyższości stereotypy, my, posługujący się utartymi schematami myślenia, nigdy nie pojmiemy. Czy gdyby ogrodnik zamiast w pijanym transie wciągać głęboko papierosowy dym, wypuszczał go ponad swoimi jabłoniami, by w środku nocy ratować zagrożone mrozem zalążki kwiatów, nie bylibyśmy bliżej prawdy? Czy chęć nakreślenia kogoś, kogo trzeba się bać - bo przecież właśnie wdarliśmy się do niego na złodziejkę - warta jest takiego poświęcenia? Tak - obawiajmy się - on zadba, by żadnemu jabłku nic się nie stało. I właśnie dzięki tej czułej jego opiece i gorliwości przeżywamy ów dreszczyk trwogi, o którym tu tyle…

Zuzanna Talar

„Traktat o wykradaniu owoców” Teatr Guliwer/Warszawa
Spektakl przygotowany w ramach 21 Biennale Sztuki dla Dziecka
w Poznaniu we współpracy z Centrum Sztuki Dziecka w Poznaniu                             
autor: Marian Pankowski
reżyseria: Robert Jarosz
scenografia: Martyna Dworakowska
pedagog teatru: Justyna Czarnota
konsultacje choreograficzne: Weronika Pelczyńska
obsada: Elżbieta Pejko, Anna Przygoda, Adam Świtała, Honorata Zajączkowska
premiera 2 czerwca 2017
dla widzów od 6 roku


20.10.2017

Zrobię ci dzisiaj Dzień Dziecka

Chciałbyś dorosły człowieku od tak, bez zapowiedzi powrócić do beztroski, wyłącznie małych problemów, zabawy i… kochających rodziców? Chciałbyś nagle urwać się choć na chwilę od swoich zobowiązań i dostać w prezencie od losu dzień dziecka. Dzień z życia dziecka… Nie radzę. Pan dyrektor nie chciał, nie miał nawet na to czasu. Nieostrożnie rzucił tylko za nadąsaną, odesłaną znów z kwitkiem, zamiast wygranej w Chińczyka córką (urokliwa Kamila Boruta): “A wiesz, ile ja bym dał, żeby znów być dzieckiem?!” Zdaje się, że mógł tego nie robić. Zdaje się, że człowiek wyrastając z wieku dziecięctwa, z natury rzeczy porzuca ten czas ze wszelkimi jego przymiotami i wspomnieniem. A gdy przyjdą jego dzieci na świat, na świat ten potrafi patrzeć już tylko swoimi oczyma. Ot, rodzaj amnezji… I tylko czasem odzywa się w nim tęsknota, niczym talizman kryjąca jakąś wspólną wszystkim dorosłym tajemnicę. Autor sztuki Tomasz Jachimek z dowcipem punktując nasze dorosłych na rzeczy patrzenie, wywraca dyrektorskie życie do góry nogami. Bo jak inaczej nazwać zamianę 12 telefonów komórkowych na 12 zeszytów… I siwej mamy w blond piękność… Sprowadzony do roli Jasia Jan (świetny Maciej Gąsiorek), mimo nowego położenia, stara się nie tracić dyrektorskiego animuszu… Do czynienia ma jednak z dorosłymi. A to przeciwnik nie bylejaki. Niestrudzony, nieprzejednany, zawzięty i bezwzględny wojownik w batalii o dobre wychowanie i dobre wykształcenie swego dziecka. Potrafi je nawet w tej walce poświęcić. Dyrektor bezradnie niczym dziecko rozkłada ręce. Poddaje się woli zaślepionych dorosłych, który wychowuje, bo: “ja nie chcę się za ciebie wstydzić” i który wpycha w trybiki machiny zwanej edukacją “ żebyś był mądry”. Dziecko rezygnuje z tego, co w nim najcenniejsze. Z bycia sobą. Jachimek wybawia Jana od dzieciństwa. Jeden zwykły dzień to aż nadto, by dorosły przypomniał sobie, jak to jest być dzieckiem. Dzieckiem nierozumianym, uciszanym, niesłuchanym, ocenianym, niechwalonym i zawstydzanym. Dzieckiem, którego problemy są o całe niebo mniejsze od problemów dorosłych, dzieckiem zmuszanym do wysiłku, którego cel nie jest jasny. A gdyby tak małemu Jasiowi dorzucić jeszcze trochę zajęć dodatkowych? Ale o tym już tylko w piosence. Ojciec wraca do córki i… będą grali w Chińczyka. Aż trzy partie. Nie jutro, nie potem, nie za trzy lata. Teraz.
Każda rola w tym spektaklu (wyśpiewana do muzyki Marcina Partyki) została dopieszczona, pociągnięta do końca, każda z nich to mała osobowość. Reżyserujący przedstawienie Jerzy Jan Połoński z wyobraźnią i polotem rozlicza rodziców z sytuacji dziecka w organizowanym przez nas dorosłych świecie. I nie zapomina, że jesteśmy ofiarami ofiar w wychowaniu… Te całą szamotaninę Jana w Jasiu zamyka w sceny - symbole, które niczym migawki przedzierają się do naszej, ludzi po przejściach, dojrzałości.
Każdą puentuje krokiem ku rozwiązaniu fotograficznej układanki na dziecięcym regale. Gdy z kalejdoskopu fragmentów wyłaniają się uśmiechnięte twarze - ojca i córki, ich droga ku zrozumieniu i poznaniu właśnie się dopełniła. Scenografia Mariki Wojciechowskiej jak zawsze nieprzesadna, tym razem konsekwentnie utrzymana w biało czarnej kolorystyce i wysmakowane, dopracowane w najdrobniejszym szczególe kostiumy, są jak myśli dziecka - albo białe, albo czarne. Nie ma tu półśrodków. Albo spędzamy z dzieckiem czas, albo udajemy, że jesteśmy razem, albo się z nim bawimy, albo wrzucamy tę zabawę do worka powinności. Na “Dniu Dziecka” Teatru Rampa dzieciom zaczyna świtać w głowach, rodzicom przychodzi to przez śmiech i łzy, bo chyba nic gorszego, niż być dzieckiem…

Zuzanna Talar

“Dzień Dziecka” Teatr Rampa/Warszawa
autor, teksty piosenek:  Tomasz Jachimek
reżyseria:  Jerzy Jan Połoński
scenografia:  Marika Wojciechowska
muzyka:  Marcin Partyka
choreografia:  Jarosław Staniek
obsada:  Kamila Boruta, Małgorzata Duda Kozera, Maciej Gąsiorek, Dominika Łakomska, Konrad Marszałek, Brygida Turowska
premiera  9 września 2016
dla widzów od 6 lat


17.10.2017

Zawsze otwieraj drzwi nieznajomym

Gdyby dzieci miały tak rozwinięty system zysków i strat (gdy chodzi o gości),  jak mam ja, cała ta historia mogłaby się nigdy nie wydarzyć. Rzeczywiście, muszę to przyznać - za niezapowiedzianymi nie przepadam. A tych, którzy zjawiają się w nocy, wprost… nieważne. Dzieci szczęśliwie nie żywią moich uprzedzeń i w środku nocy w warszawskim Teatrze Guliwer otworzyły drzwi, uruchamiając lawinę wydarzeń, która na zawsze odmieniła nie tylko ich, ale i moje życie. Już wiem - nie pomyślę nigdy więcej źle o kimś, kto w środku nocy położy dłoń na dzwonku mojego domu. Mało - gdy szłam do łóżka, mając jeszcze pod powiekami sylwetkę różowego gościa, uchyliłam drzwi, by się przekonać, czy nie stoi… Różowy gość. Trochę pluszowy, trochę niezgrabny, urokliwie bezradny. Chciałoby się go chwycić, wyściskać, wytarmosić i wynaciskać. Gdyby pozwolił. Ale nie pozwoli, bo on również znalazł się w nowym, dość nietypowym dla siebie położeniu. W dniu podobny do innych, w zwyczajnym, nudnym, poukładanym domu. Domu, który dzięki ograniczonej do minimum scenografii Jakuba Krofty tworzą ludzie. Zwyczajni, nudni, poukładani. Różowy przyjmuje swoje do nich przybycie z rozbrajającą obojętnością, na chłodno i z dystansem i brew mu nawet nie drgnie (fantastyczny w roli różowego przybysza Tomasz Kowol). Gość obserwuje niezrozumiałe, ludzkie rytuały, nie próbując nawet nabrać do nich stosunku. Dzieci jadłyby go łychami, przyjmując takim, jaki jest, bez uprzedzeń i obawy. Za to rodzice, jak to dorośli, skoro nie umieją pozbyć się tego, co nowe, obce, inne i nieznane próbują to oswoić, zmienić, upodobnić (do siebie oczywiście lub choćby do psa). Różowy gość jednak niczego nie musi… Do człowieczych nauk podchodzi bez emocji, odrzucając, z czym mu nie po drodze… i zaskarbiając sobie bezwarunkową miłość zachwyconych widzów. Wydarzenia na scenie nabierają tempa, autorka tekstu Maria Wojtyszko mając reżyserskie wsparcie Jakuba Krofty szafuje coraz to wymyślniejszymi sytuacjami, fundując i różowemu gościowi i jego nowej rodzinie dość absurdalne okoliczności i zmuszając aktorów do pełnych ekwilibrystyki zwrotów akcji. Zwrotów tym wyszukańszych, że pozbawionych słów i spoczywających jedynie na barkach mowy ciała, całym wachlarzu gestów, spojrzeń, min oraz nieocenionych możliwości teatru pantomimy i teatru cieni. Chapeau bas dla artystów za tempo scenicznych dokonań ośmiu bohaterów w ciałach pięciu aktorów, nad którymi dzięki Anecie Jankowskiej i do rytmów Adama Świtały przejęli pełną kontrolę…
Różowy, konsekwentnie niezależny i niewzruszony wobec wysiłków rodziców, którzy przechodzą siebie, by w ich rodzinie nic się nie zmieniło, nieświadomie, przypadkiem i mimo woli, pomaga im - szarym, przewidywalnym, zmęczonym - odnaleźć zapomnianą już dawno radość życia. Sztywna mama i drętwy tata w ferworze wypadków i komplikacji nie tylko uświadamiają sobie, jak bardzo kochają swoje dzieci, ale i… różowego gościa… To wystarczy, by rozpocząć spektakularną ucieczkę przed innymi, bojącymi się obcych, niczego nie rozumiejącymi dorosłymi. Oni jeszcze nie wiedzą, że co “nieoswojone” nie jest groźne. Jest ciekawe. I jest dla nas szansą na poznanie. Na budujące spotkanie. 

Zuzanna Talar

„Różowy gość” Teatr Guliwer /Warszawa
autor: Maria Wojtyszko
reżyseria, scenografia: Jakub Krofta
muzyka:  Adam Świtała
reżyseria światła:  Damian Pawella
ruch sceniczny:  Aneta Jankowska
obsada: Damian Kamińśki, Tomasz Kowol, Izabella Kurażyńska, Elżbieta Pejko, Adam Wnuczko
premiera 7 maja 2017

 


16.10.2017

Pierwszy taki Król

Spektakl obraz, gdyby określić go dwoma słowami. Niemy, a wymowny, powściągliwy, a pełen znaczeń. Milczący, niemal ograbiony ze słów i barwy, a obdarowany wielką siłą.   “Król Maciuś pierwszy” według pomysłu Konrada Dworakowskiego, którego reżyser zrealizował z artystami Teatru Banialuka w Bielsku - Białej, to nie Maciuś, jakiego znacie. To nie sposób na lekturę, a pretekst do zastanowienia się nad sytuacją Maciusiów w ogóle, Maciusiów dzisiejszych. Tych Maciusiów, których rodzice zapomnieli o wadze wspólnego z Maciusiem bycia. Bo czy nasze dzieci nie podzielają pustki i rozpaczy korczakowskiego Maciusia? Czy nie muszą dawać sobie rady? I czy nie muszą dokonywać tego same? Czy nie muszą, mimo, że to ponad ich siły, mimo, że nie są gotowe i nie wiadomo, czy chcą… Ludzie ludziom zgotowali ten los. Duzi ludzie, małym. Na pustej scenie straszliwa samotność człowieka. Dziecka. Aż nie do wiary, jak mały następca tronu, który przed 90 laty przyszedł staremu Doktorowi do głowy, może być taki dzisiejszy, tak boleśnie aktualny.
Bielski “Król Maciuś Pierwszy” to pełna symboliki i poezji przeprawa przez resztki dziecięctwa ku dorosłości, droga ku oswojeniu jej ciężarów, na którą dane nam spojrzeć oczyma dziecka. W tej nie do uniknięcia podróży, zawsze i dla każdego naznaczonej samotnością i brakiem zrozumienia, na ręce patrzą Maciusiowi wszyscy. Nikt nie może mu pomóc… Dojrzeć trzeba samemu… Fenomenalna muzyka Piotra Klimka nie pozostawia złudzeń. Jest poważnie, trochę straszno, ale i z nadzieją. Bo nadziei dziecku odebrać się nie da…
W oszczędnej, burej, ograniczonej do kilku wciąż zmieniających swój kontekst brył, scenografii Mariki Wojciechowskiej, dopełnianej przejmującymi projekcjami Michała Zielonego i wykreowanej przez Anatoliya Ivanova rzeczywistości ludzkich obrazów, dzieje się wszystko, co w świecie Króla Maciusia zdarzyć się musi. Jest śmierć, są dziecięce tęsknoty i marzenia, są błędy, których nie można uniknąć, zdrady i wojny dorosłych i przemożna potrzeba bliskości drugiego człowieka. Jest przygniatająca Maciusia swym ogromem korona, do której jeszcze nie zdążył dorosnąć, a już musi ją z całym dobrodziejstwem majestatu unieść. Jest trumna taty króla, która stając się wysokim tronem, roztacza przed Maciusiem widok na całe królestwo. Jest “trampolina”, z której Maciuś skoczyłby na “głęboką wodę”, gdyby nie brakło mu odwagi, ale “trampolina” ma swoje drugie dno. A tam można się schować. Niejeden Maciuś by się schował. Ale król Maciuś może jeszcze więcej. Może zrezygnować. Mateusz Barta, zagubiony, a w końcu zbuntowany mały następca tronu, wychodzi ze swej roli, ale… młodzi widzowie nie godzą się na to. Nie chcą by uciekał ze swojej orbity, wolą ją dla niego, dla siebie zmienić! Maciuś czerpie siłę  z wielkiej wiary dzieci. Wiary, że można, że się uda. Tylko trzeba spróbować. Walczą razem, nie tyle z ministrami i ich zasadami, co sprzeciwiają się całej brzydocie i złu świata. Robi się kolorowo i… katastrofalnie w skutkach.
Każdy Maciuś, nawet król, musi więc dorosnąć, ale czy ktoś zabroni mu marzyć? Maciuś znowu sięga po koronę. I choć wciąż wydaje się tym samym niewinnym chłopcem, już zbyt wiele zdarzyło się w jego głowie… Postawione z offu dziecięcym głosem pytanie: “Czy już jestem królem?” znaczy więcej niż wiele słów. I uwiera gdzieś pomiędzy grdyką, a splotem słonecznym… Maciusiu, nie bądź królem. Bądź dzieckiem. Jak najdłużej.

Zuzanna Talar

„Król Maciuś Pierwszy” Teatr Lalek Banialuka im. Jerzego Zitzmana /Bielsko-Biała
autor: Janusz Korczak
adaptacja i reżyseria: Konrad Dworakowski
scenografia:  Marika Wojciechowska
muzyka: Piotr Klimek
ruch sceniczny: Anatoliy Ivanov
projekcje video: Michał Zielony
obsada: Władysław Aniszewski, Mateusz Barta, Małgorzata Bulska, Konrad Ignatowski, Magdalena Obidowska, Ziemowit Ptaszkowski, Ryszard Sypniewski, Dagmara Włoszek
premiera  26 lutego 2017

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Copyright 2017 (C) Korczak. Realizacja: MATEO