Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 


17.10.2017

Zawsze otwieraj drzwi nieznajomym

Gdyby dzieci miały tak rozwinięty system zysków i strat (gdy chodzi o gości),  jak mam ja, cała ta historia mogłaby się nigdy nie wydarzyć. Rzeczywiście, muszę to przyznać - za niezapowiedzianymi nie przepadam. A tych, którzy zjawiają się w nocy, wprost… nieważne. Dzieci szczęśliwie nie żywią moich uprzedzeń i w środku nocy w warszawskim Teatrze Guliwer otworzyły drzwi, uruchamiając lawinę wydarzeń, która na zawsze odmieniła nie tylko ich, ale i moje życie. Już wiem - nie pomyślę nigdy więcej źle o kimś, kto w środku nocy położy dłoń na dzwonku mojego domu. Mało - gdy szłam do łóżka, mając jeszcze pod powiekami sylwetkę różowego gościa, uchyliłam drzwi, by się przekonać, czy nie stoi… Różowy gość. Trochę pluszowy, trochę niezgrabny, urokliwie bezradny. Chciałoby się go chwycić, wyściskać, wytarmosić i wynaciskać. Gdyby pozwolił. Ale nie pozwoli, bo on również znalazł się w nowym, dość nietypowym dla siebie położeniu. W dniu podobny do innych, w zwyczajnym, nudnym, poukładanym domu. Domu, który dzięki ograniczonej do minimum scenografii Jakuba Krofty tworzą ludzie. Zwyczajni, nudni, poukładani. Różowy przyjmuje swoje do nich przybycie z rozbrajającą obojętnością, na chłodno i z dystansem i brew mu nawet nie drgnie (fantastyczny w roli różowego przybysza Tomasz Kowol). Gość obserwuje niezrozumiałe, ludzkie rytuały, nie próbując nawet nabrać do nich stosunku. Dzieci jadłyby go łychami, przyjmując takim, jaki jest, bez uprzedzeń i obawy. Za to rodzice, jak to dorośli, skoro nie umieją pozbyć się tego, co nowe, obce, inne i nieznane próbują to oswoić, zmienić, upodobnić (do siebie oczywiście lub choćby do psa). Różowy gość jednak niczego nie musi… Do człowieczych nauk podchodzi bez emocji, odrzucając, z czym mu nie po drodze… i zaskarbiając sobie bezwarunkową miłość zachwyconych widzów. Wydarzenia na scenie nabierają tempa, autorka tekstu Maria Wojtyszko mając reżyserskie wsparcie Jakuba Krofty szafuje coraz to wymyślniejszymi sytuacjami, fundując i różowemu gościowi i jego nowej rodzinie dość absurdalne okoliczności i zmuszając aktorów do pełnych ekwilibrystyki zwrotów akcji. Zwrotów tym wyszukańszych, że pozbawionych słów i spoczywających jedynie na barkach mowy ciała, całym wachlarzu gestów, spojrzeń, min oraz nieocenionych możliwości teatru pantomimy i teatru cieni. Chapeau bas dla artystów za tempo scenicznych dokonań ośmiu bohaterów w ciałach pięciu aktorów, nad którymi dzięki Anecie Jankowskiej i do rytmów Adama Świtały przejęli pełną kontrolę…
Różowy, konsekwentnie niezależny i niewzruszony wobec wysiłków rodziców, którzy przechodzą siebie, by w ich rodzinie nic się nie zmieniło, nieświadomie, przypadkiem i mimo woli, pomaga im - szarym, przewidywalnym, zmęczonym - odnaleźć zapomnianą już dawno radość życia. Sztywna mama i drętwy tata w ferworze wypadków i komplikacji nie tylko uświadamiają sobie, jak bardzo kochają swoje dzieci, ale i… różowego gościa… To wystarczy, by rozpocząć spektakularną ucieczkę przed innymi, bojącymi się obcych, niczego nie rozumiejącymi dorosłymi. Oni jeszcze nie wiedzą, że co “nieoswojone” nie jest groźne. Jest ciekawe. I jest dla nas szansą na poznanie. Na budujące spotkanie. 

Zuzanna Talar

„Różowy gość” Teatr Guliwer /Warszawa
autor: Maria Wojtyszko
reżyseria, scenografia: Jakub Krofta
muzyka:  Adam Świtała
reżyseria światła:  Damian Pawella
ruch sceniczny:  Aneta Jankowska
obsada: Damian Kamińśki, Tomasz Kowol, Izabella Kurażyńska, Elżbieta Pejko, Adam Wnuczko
premiera 7 maja 2017

 


16.10.2017

Pierwszy taki Król

Spektakl obraz, gdyby określić go dwoma słowami. Niemy, a wymowny, powściągliwy, a pełen znaczeń. Milczący, niemal ograbiony ze słów i barwy, a obdarowany wielką siłą.   “Król Maciuś pierwszy” według pomysłu Konrada Dworakowskiego, którego reżyser zrealizował z artystami Teatru Banialuka w Bielsku - Białej, to nie Maciuś, jakiego znacie. To nie sposób na lekturę, a pretekst do zastanowienia się nad sytuacją Maciusiów w ogóle, Maciusiów dzisiejszych. Tych Maciusiów, których rodzice zapomnieli o wadze wspólnego z Maciusiem bycia. Bo czy nasze dzieci nie podzielają pustki i rozpaczy korczakowskiego Maciusia? Czy nie muszą dawać sobie rady? I czy nie muszą dokonywać tego same? Czy nie muszą, mimo, że to ponad ich siły, mimo, że nie są gotowe i nie wiadomo, czy chcą… Ludzie ludziom zgotowali ten los. Duzi ludzie, małym. Na pustej scenie straszliwa samotność człowieka. Dziecka. Aż nie do wiary, jak mały następca tronu, który przed 90 laty przyszedł staremu Doktorowi do głowy, może być taki dzisiejszy, tak boleśnie aktualny.
Bielski “Król Maciuś Pierwszy” to pełna symboliki i poezji przeprawa przez resztki dziecięctwa ku dorosłości, droga ku oswojeniu jej ciężarów, na którą dane nam spojrzeć oczyma dziecka. W tej nie do uniknięcia podróży, zawsze i dla każdego naznaczonej samotnością i brakiem zrozumienia, na ręce patrzą Maciusiowi wszyscy. Nikt nie może mu pomóc… Dojrzeć trzeba samemu… Fenomenalna muzyka Piotra Klimka nie pozostawia złudzeń. Jest poważnie, trochę straszno, ale i z nadzieją. Bo nadziei dziecku odebrać się nie da…
W oszczędnej, burej, ograniczonej do kilku wciąż zmieniających swój kontekst brył, scenografii Mariki Wojciechowskiej, dopełnianej przejmującymi projekcjami Michała Zielonego i wykreowanej przez Anatoliya Ivanova rzeczywistości ludzkich obrazów, dzieje się wszystko, co w świecie Króla Maciusia zdarzyć się musi. Jest śmierć, są dziecięce tęsknoty i marzenia, są błędy, których nie można uniknąć, zdrady i wojny dorosłych i przemożna potrzeba bliskości drugiego człowieka. Jest przygniatająca Maciusia swym ogromem korona, do której jeszcze nie zdążył dorosnąć, a już musi ją z całym dobrodziejstwem majestatu unieść. Jest trumna taty króla, która stając się wysokim tronem, roztacza przed Maciusiem widok na całe królestwo. Jest “trampolina”, z której Maciuś skoczyłby na “głęboką wodę”, gdyby nie brakło mu odwagi, ale “trampolina” ma swoje drugie dno. A tam można się schować. Niejeden Maciuś by się schował. Ale król Maciuś może jeszcze więcej. Może zrezygnować. Mateusz Barta, zagubiony, a w końcu zbuntowany mały następca tronu, wychodzi ze swej roli, ale… młodzi widzowie nie godzą się na to. Nie chcą by uciekał ze swojej orbity, wolą ją dla niego, dla siebie zmienić! Maciuś czerpie siłę  z wielkiej wiary dzieci. Wiary, że można, że się uda. Tylko trzeba spróbować. Walczą razem, nie tyle z ministrami i ich zasadami, co sprzeciwiają się całej brzydocie i złu świata. Robi się kolorowo i… katastrofalnie w skutkach.
Każdy Maciuś, nawet król, musi więc dorosnąć, ale czy ktoś zabroni mu marzyć? Maciuś znowu sięga po koronę. I choć wciąż wydaje się tym samym niewinnym chłopcem, już zbyt wiele zdarzyło się w jego głowie… Postawione z offu dziecięcym głosem pytanie: “Czy już jestem królem?” znaczy więcej niż wiele słów. I uwiera gdzieś pomiędzy grdyką, a splotem słonecznym… Maciusiu, nie bądź królem. Bądź dzieckiem. Jak najdłużej.

Zuzanna Talar

„Król Maciuś Pierwszy” Teatr Lalek Banialuka im. Jerzego Zitzmana /Bielsko-Biała
autor: Janusz Korczak
adaptacja i reżyseria: Konrad Dworakowski
scenografia:  Marika Wojciechowska
muzyka: Piotr Klimek
ruch sceniczny: Anatoliy Ivanov
projekcje video: Michał Zielony
obsada: Władysław Aniszewski, Mateusz Barta, Małgorzata Bulska, Konrad Ignatowski, Magdalena Obidowska, Ziemowit Ptaszkowski, Ryszard Sypniewski, Dagmara Włoszek
premiera  26 lutego 2017

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Copyright 2017 (C) Korczak. Realizacja: MATEO