Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 


11.10.2016

Wilcze morale

Czym zasłużyła sobie Marta Guśniowska, że jej teksty aż trzy razy grane były na XX Międzynarodowym Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK? Tekstami właśnie. Jeśli ktoś nie miał dziecka, którym mógłby wytłumaczyć swoje przyjście do teatru na spektakl Opolskiego Teatru Lalki i Aktora im. Alojzego Smolki “Smacznego, proszę wilka”, w reżyserii Mariana Pecko, szkoda, że nie przyszedł. Wpuszczali bez dzieci. Bo choć tę sztukę Marta Guśniowska pisała z myślą o młodszej publiczności, to w baśniowej atmosferze dzieje się ot, samo życie. Sztuka to, jak w tytule, pyszna, pełna wdzięku i choć o drzemiącym w każdym, często nieodkrytym dobru, o cudzie przyjaźni, a dla równowagi o śmierci jeszcze, nie pozbawiona jest dowcipu i uroku.
Rzecz dzieje się w żywym planie i w wersji mikro na stojącym w saloniku stole, gdzie w ręce aktorów trafiają pięknie dopracowane przez Evę Farkasową lalki, z ich maleńkimi łóżeczkami, z ich maleńkimi domkami. Wszystko to do muzyki na żywo Tomasza Łukasiewicza, który nie tylko skomponował utwory na pianino, ale teraz jest uprzejmy przychodzić na każde przedstawienie, by ją dla młodych widzów grać. Cenny to gest w stronę równie wymagającej co dorosła publiczności.
Stary cwany wilk - brawurowo i z wielkim oddaniem zagrany przez Mariolę Ordak - Świątkiewicz - załatwia ostatnie przed śmiercią sprawy, tym bardziej ważne, że niezałatwione wydają się powstrzymywać śmierć przed nadejściem. Niecierpliwie więc domyka co i róż kolejne niedopatrzenia, przestępując z łapy na łapę. W końcu wilk już zaawansowany wiekiem i w formie dość marnej, a mówią, że wtedy to już tylko umierać. W tę wilczą szamotaninę i szarpankę z niespiesznym losem, z rozbrajającą prostodusznością wkracza jakże potrzebny teraz… mały, zagubiony i co nie bez znaczenia, szukający swojego tatusia zajączek. Wilk doskonale wie, co robi się z małymi, zagubionymi zajączkami i gdyby nie dziergająca na drutach w kącie pajęczyca… (piękna kreacja Elżbiety Żłobickiej, pełna nadludzkiego, pajęczego być może spokoju i równowagi. Aż zazdrość bierze, że tylko u wilka rozpięła tę swoją pajęczynę) Wisi więc pajęczyca nad wilkiem niczym sumienie i każe mu wbrew wszelkim prawidłom natury, pomóc zajęczemu dziecku i to wcale nie w zejściu z tego świata. Na scenie i w wilczej skórze rozgrywa się wewnętrzna walka zwierzęcych chuci i powinności, dobra ze złem, potrzeby zwykłego zwierzęcego zaspokojenia i z goła wyższych wartości. Nie ma o czym mówić, skoro tatuś zajączka... być może, być bardzo może, zginął w tej wilczej paszczy właśnie... Ktoś teraz musi nauczyć go życia i znaleźć dla niego dobry dom. Bo, że w domu wilka zostać nie może, to dla każdego, kto o słabszych nerwach pozostaje oczywiste.
Rozpoczyna się wilka i zajączka wielka podróż przez las w poszukiwaniu nowego domu i lepszej dla malca przyszłości. Podróż używana już przez Guśniowską (w znanej nam z festiwalu inscenizacji Teatru Animacji z Poznania “A niech to gęś kopnie) nie tyle, jako droga do jej celu, co jako pretekst do załatwienia sprawy wiele większego kalibru.
Wilk stary, więc i sumienie jakieś tkliwsze, posłuszny więc woli pajęczycy, jak najszybciej chce wypełnić złożoną jej, a uwierającą go nieznośnie obietnicę i bez kicającego problemu spokojnie wrócić na łoże śmierci. I długo broni się przed pewną myślą… I długo nie chce przyznać się przed samym sobą… Ale kiedy zajączka porywa lisica (sugestywna i z wyczuciem grająca kilka ról świetna Dorota Nowak), powoli zaczyna do niego docierać, a kiedy zajączek znajduje dom dla zaginionych zajączków, wilk jest już pewien... “Chodź wilku, będziemy mieli wspaniały dom” - krzyknął zajączek i pobiegł - “TY będziesz miał” - powiedział z dziwnym smutkiem wilk.”
To piękna przypowieść o relacjach międzyludzkich i potędze przyjaźni, która nie zna różnic, barier, granic i łączy, wiąże i splata wszelkie osobliwości, skrajności i wynaturzenia. Przypowieść o przyjaźni, na którą nigdy nie jest za późno. Nawet, jeśli zza drzewa śmierć już wygląda...
To historyjka o dobru drzemiącym w każdym bez wyjątku, nawet tym, który by się o tę cechę nawet nie podejrzewał. Przez wieki autorzy bajek zrobili wilkowi wielką krzywdę, obdarzając go czarnym charakterem i najgorszymi ludzkimi cechami. Straszono nim dzieci, bali się dorośli. Na szczęście współcześni autorzy poznali się na wilku i wiedzą, że zagrożeniem dla człowieka jest sam człowiek. Wilk przecież lubi zające i  trzymać się z daleka...
To pełna nadziei opowieść o odkupywaniu win, daniu sobie szansy na dobry uczynek i przemianę, na śmiałe i najbardziej nawet sprzeczne ze sobą samym decyzje, które przynoszą człowiekowi  metamorfozę. To przejmująca refleksja o naturze ludzkiej, która potrafi wyrwać się spod dyktatu trzymającej ją za gardło siły przyzwyczajenia (a mówią, że przyzwyczajenie, to druga natura człowieka), o naturze, która potrafi przeciwstawić się bezrefleksyjnie utrwalanym w naszych umysłach przekonaniom.
Bo drogi wilku - primo - nie jesteś zły, a z tego, co pochwały niegodne, zawsze możesz “po angielsku”, czy jak wolisz rakiem się na zawsze wycofać. Zmiana na dobre teraz w modzie. Secundo - jeszcze nie słyszałam, żeby ktoś wilkowi zabronił przyjaźnić się z zajączkiem. Bo kto wilkowi zabroni? Tertio - nigdy na nic nie jest za późno. A już na pewno nie na piękną przyjaźń.
Jest tu jeszcze o śmierci, o której reżyser mówi wprost, bez oprawiania jej - jak to nierzadko w spektaklach dla młodszych widzów bywa - w przesadną delikatność wyrazu.
Wilka w lesie odnajduje pajęczyca, która na drutach zrobiła kocyk, by miał się czym okryć, kiedy będzie umierał… Mały zajączek, choć zbuntowany przeciw wilczej naturze, która pożarła mu tatusia, odnajduje oprawcę, by się z nim pożegnać, bo zdążył już  zobaczyć w nim… przyjaciela. Jest za mały, by nazwać, co czuje, za to wilk dobrze wie, co chciałby mu duszy gra.
Śmierć, na którą wszyscy dla wilka czekaliśmy, nadchodzi w końcu, choć wtedy już ani wilk jej z tą samą, co wcześniej siłą nie pragnie, ani my mu już jej tak gorąco dla ukojenia starej duszy nie życzymy. A ja do ostatniej chwili miałam jakąś naiwną nadzieję, że może, jak to w bajkach bywa… Mały zajączek długo płacze, płacze, jak długo trwa nasz pierwszy nad odchodzącym bliskim płacz. Jak prosta i mądra to scena. Prawda. O tych, co zostają. Nie skracana do symbolu, żeby dziecka nie przestraszyć. Zajączek po prostu ryczy. Tak po ludzku. A ja płakałam razem z zającem, jak kiedyś, gdy odchodził ktoś mi bliski i też miałam nadzieję, że skończy się to zupełnie inaczej. Jak w bajce.

Zuzanna Talar

„Smacznego, proszę Wilka”
Opolski Teatr Lalki i Aktora (Opole)
www.teatrlalki.opole.pl
dyrektor  teatru:  Krystian Kobyłka
autor: Marta Guśniowska
reżyseria:   Marián Pecko
scenografia:  Eva Farkašová
muzyka:  Tomasz Łukasiewicz
obsada:  Mariola Ordak – Świątkiewicz, Jakub Kowalczyk,
Elżbieta Żłobicka, Dorota Nowak,
Agnieszka Zyskowska – Biskup
premiera  6 lutego 2016
dla widzów od 5 lat

 


10.10.2016

Wania dla dorosłych

Wybierając swój osobisty repertuar festiwalowych spektakli do “bezwzględnego zobaczenia” nie można było pominąć “Wanii. Opowieści o Wani i tajemnicach rosyjskiej duszy” Teatru Karlsson Haus z Rosji. Wciąż nieczęsto twórcy sięgają po teatr lalkowy dla dorosłych, czy tych u schyłku dorosłości, pozostawiając go do eksploatacji dla artystów teatru dla nieco młodszego widza. Wielka szkoda, bo to teatr plastyczny o wielkiej sile przekazu i oddziaływania. A przecież teatr lalkowy zrodził się dla widza dorosłego właśnie, przez wiele wieków pozostawiając go jedynym odbiorcą, by dopiero w połowie XIX wieku wpuścić na widownię dzieci. Dlaczego więc dzisiaj teatr lalkowy dla dorosłych pozostaje rarytasem? Bo nawet jeśli zauważyć, że większość teatrów lalkowych ma w swoim repertuarze czasem niejeden spektakl dla dorosłej widowni, a zdarza się również, że teatr “nie lalkowy” zaprzęga do opowiedzenia swojej historii lalkę, to czy przesadą będzie powiedzieć, że tego świetnego teatru wciąż mało?  
“Wania” w reżyserii Aleksieja Leliawskiego to przejmujący spektakl jednego aktora, który pozostając w żywym planie dość dziwacznej, niewymiarowej przestrzeni, gra wszystkie budujące historię postaci. Postaci efektownie różnorodne, od lalki, poprzez figurki po ciekawe, niebanalne rozwiązania sceniczne autorstwa Aleksandra Warchamiejewa. Michaił Szełomiencew  stworzył klimatyczne dziełko, w którym wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Komuś dzieje się krzywda, by na ratunek mógł wyruszyć ktoś. Panoszy się zło, by mogło zatryumfować dobro. To dla dorosłych baśń o walce bohatera samozwańca ze straszliwym smokiem, smutna i melancholijna, stęskniona za lepszym życiem i szczęśliwym ojczyźnianym domem, z klimatem mentalności ludzi wschodu w tle. Ludowo brzmiące melodie spod pióra Leonida Pawlenoka dodają spektaklowi rosyjskiego pazura.
Michaił Szełomiencew wykorzystując siłę przekazu żywych obrazów i nie używając przy tym wielu słów, opowiada historię Wani, który pojawia się na świecie, by pocieszyć dwoje staruszków po stracie wątpliwego autoramentu synów. Starcy przyjmują dziecko z radością i wychowują w wielkiej biedzie i miłości, wciąż jednak umierają z tęsknoty za swoimi synami. Te dwie karykatury dawno temu połknął straszliwy smok, który pożera wszystkich i wszystko (ku wiedźmy dezaprobacie nawet wszystką trawę). Wania dorasta w pośpiechu, by jak najszybciej uratować ze smoczego brzuszyska swoich przybranych braci. W reszcie opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wielką, samotną wędrówkę po smętnej ojczyźnie. Odnajduje smoka, a w jego brzuchu zamiast zrozpaczonych, tęskniących za domem i rodzicami pożartych nieszczęśników, zorganizowane na potrzebę chwili Moulin Rouge, opływające w wódkę i wszelkie inne uciechy. W tym skandalizującym smoczym klubie napotyka wielką miłość, odnajduje w końcu braci, których siłą do biedy, staruszków i braku perspektyw wyciąga. I wydawałoby się, że możemy już odetchnąć, Wania wypełnił swoje posłannictwo, wszystko dobrze się skończyło… To jednak nie koniec i nie taki koniec. To opowieść a rebours, kiedy to bohater o krystalicznym sercu ryzykuje i poświęca wszystko, by ratować tych w potrzebie, ale oni niewdzięczni pomocy nie wyczekują i wielki gest męstwa za nic mają, bez oporów odrzucając ten niezrozumiały dla nich czyn. 
Wania to przypowieść o samotności człowieka, który pozostaje samotnym nawet pośród ludzi. O zagmatwanej ludzkiej naturze, której ani wielkoduszność, ani głupota nieobce. O losie, który rzuca nasze ścieżki w najmniej spodziewanych kierunkach i niemądrych ludziach, których stawia nam na bezdrożach.
Fenomenalna gra i kunszt aktorski Michaiła Szełomiencewa zostały trzykrotnie nagrodzone na Międzynarodowym Festiwalu Sztuki Lalkarskiej w Bielsku - Białej w maju tego roku. Ach, gdyby tylko spektakle zagraniczne na Festiwalu KORCZAK stawały do konkurs...

Zuzanna Talar

„Wania. Opowieść o Wani i tajemnicach rosyjskiej duszy."
Karlsson Haus (Rosja)
www.karlssonhaus.ru
dyrektor teatru: Anna Pawińska
reżyseria: Aleksiej Leliawski
scenografia:  Aleksander Warchamiejew
muzyka: Leonid Pawlenok
reżyseria światła:  Aleksiej Czukanow
obsada: Michaił Szełomiencew
dla widzów od 16 lat

 

 


5.10.2016

On, ona, ono, ONY

„ONY” Marty Guśniowskiej w inscenizacji Teatru Powszechnego w Łodzi w reżyserii Ewy Pilawskiej i Andrzeja Jakubasa to prawdziwy majstersztyk. Reżyserzy musieli poczuć moc tego tekstu, skoro postawili właśnie na niego i pozwolili mu grać pierwsze skrzypce. I tylko jemu, bo muzyka nie zagrała, oddając swe miejsce jakże znaczącej ciszy. Znalazłam tu to, co cenię najbardziej. Słowo. Nie scenografię, nie rekwizyty. Zagrają je aktorzy w czerni, jak wiele innych arcy ciekawych, pięknych, małych ról. Brawo dla scenografa Wojciecha Stefaniaka za minimalizm, który otworzył drzwi naszej wyobraźni i choreografom Jarosławowi i Iwonie Staniek za pociągnięcie kilku sznurków.
Na niewielkiej zbitej z żywych desek scenie ktoś stoi. Trochę się wstydzi, jak wstydzi się 8 letni chłopiec. Damian Kulec przez półtorej godziny niczym w monodramie nie schodzi ze sceny nie tylko jako dziecko, ale i narrator relacjonujący całą przetaczającą się przed niego rzeczywistość. To wystarczy, by zobaczyć bajkowy, pełen cudowności i cudaczności świat dziecięcej fantazji, a pomiędzy słowami, z których jest zbudowany, poczuć na własnym języku gorzki smak naszej dorosłych obrzydliwości.
To spektakl o osamotnieniu dziecka spychanego poza nawias naszych dorosłych rozstań, chorób, uzależnień. My wielcy mamy swoje wielkie sprawy, a dziecko ze swoimi nieważnymi sprawami? Niech ustawi się na końcu kolejki spraw do załatwienia. Nawet jeśli stoi z pytaniem, „dlaczego tata już z nami nie mieszka”.
Marta Guśniowska żongluje wieloznacznościami, bawi się językiem, to już znak firmowy tej autorki. Ale tą językową zabawą wcale nie próbuje wprowadzić widza w stan intelektualnego rozbawienia. Pomiędzy tym słowotwórczym pląsaniem rośnie bowiem ten straszny twór. Świat dorosłych. Dziecko próbuje zobaczyć go po swojemu. Zbyt jest samolubny, bezwzględny, strącający w samotność, by dziecięca wrażliwość mogła go unieść. Tata bez wyjaśnienia znika, mama bez słowa podupada na zdrowiu, ciotka do siebie nie przyjmie, bo warunki nie pozwalają, wuj przyjmuje, ale skoro pije, oddaje zimnej jak ryba nauczycielce. Chłopiec ucieka tam, gdzie pięknie i bezpiecznie, do swojego niewinnego wnętrza. Nie ocenia dorosłych, nie gani, nie obraża się - oni widać innego świata nie mają, nie znają, nie potrafią stworzyć. Za to dziecko wymyśli każdy jego kawałek, a szczególnie ten, który dorosłym nie wyszedł, który zniszczyli, którym zawiedli. Dziecko wymyśla tatę i zaczyna go szukać. Z pomocą przychodzą mu równie przez świat dorosłych, co ono niedocenione jabłka, kwiat u kapelusza, pająk, czas, kogut, książka, dachówki, kurz, mucha, landrynki, list i można by wymieniać jeszcze i jeszcze. Ot, po prostu wielu tych po macoszemu nie dostrzeganych przez patrzących w zupełnie innym kierunku dorosłych. A jednak. Wszystkie te osobliwości okazują się być istotami czującymi, myślącymi, niegłupio prawiącymi - „najważniejsze jest nie by wszystko mieć, ale by wiedzieć, czego się chce” (kwiat u kapelusza), „nie odkładaj niczego na potem, bo potem ma to do siebie, że może nigdy nie nadejść” (pająk), „jeśli chcesz dojść na sam szczyt, musisz mieć lepkie ręce” (mucha). Aktorzy cały ten ensemble osobliwości obdarzyli kreacjami w prosty, najczystszy, z kwintesencją postaci sposób. I wszystkie one zupełnie naturalnie, jakby była to jakaś oczywistość, traktują dziecko poważnie.
Chłopiec z całą tą napotkaną zgrają bez trudu wypacza, przeobraża, przeinacza, a co najważniejsze zmienia każdą dorosłego względem siebie niegodziwość w bajkę. Tu łatwiej znaleźć tatę, bo tu wszystko jest możliwe, nawet księżniczka, diabeł, dom dziecka z czekolady… Otoczony przyjaznymi duszami przemierza świat swoich fantazji, pragnień i lęków, swobodnie zmieniając kierunki i plany, nie zmieniając tylko przyczyny swej wędrówki. I w tej podróży niepostrzeżenie,  dorasta, tracąc pewność, że teraz, kiedy znalazł tego, kogo szukał, jest szczęśliwy. Bo czy on w ogóle istnieje?
To spektakl o wielkiej w dziecku potrzebie miłości, która potrafi wierze miasteczka przenosić. O odrzuceniu, które wlecze się za człowiekiem i drzemiącym w nim dziecku już zawsze. To spektakl o przeobrażaniu się z baśniowego kokonu dziecięctwa w stan zbyt trudnej dorosłości. I o pięknie niewinnego umysłu, wyczarowującego najszczęśliwsze pod powiekami obrazy, o które warto zawalczyć, by dawały się przywołać nawet wtedy, kiedy wpadnie niby na kilka dni i tak już z nami zostanie „spokojna starość”. A w końcu to policzek dla nas dorosłych za to, jak okrutni jesteśmy dla tych, których powinniśmy tylko kochać. Wystarczyło, że oni na moment zamienili się z nami rolami w Domu…  Dorosłych.
Marta Guśniowska w moim odczuciu tym właśnie tekstem daje wyraz swojego prawdziwego szacunku dla młodego odbiorcy. Ona wierzy w widza, wie, że jest inteligentny, rozumny, czuje i myśli i nie trzeba do niego mówić wprost i do ostatniego słowa. Jak dobrze, że wierzy właśnie w dzieci. Nie spycha ich na koniec kolejki, w której jako pierwsi do intelektualnego odbierania sztuki stoją… dorośli.

Zuzanna Talar

„ONY” Teatr Powszechny (Łódź)
www.powszechny.pl
dyrektor  teatru: Ewa Pilawska
autor:  Marta Guśniowska
reżyseria:  Ewa Pilawska,  Andrzej Jakubas
scenografia:  Wojciech Stefaniak
choreografia:  Jarosław Staniek, Iwona Staniek
obsada:  Małgorzata Goździk,  Katarzyna Grabowska, 
Marta Jarczewska,  Jarosław Dziedzic,  Jakub Firewicz

 



4.10.2016

A niech to, jedziemy do Poznania!

Trudno rozpocząć pisanie o “A niech to gęś kopnie” Marty Guśniowskiej tak, by napisać, co człowiekowi w duszy gra, a nie wylać na papier wszystkich od razu szczegółów. Bo nie ma co ich zdradzać, skoro zaraz wysyłać będę widzów do Teatru Animacji (Poznań, ul. Św. Marcin 80/82, wejście główne do Zamku) Przyznaję… bezradnie odkładam pióro… to po prostu trzeba zobaczyć… Organizatorzy Festiwalu KORCZAK dobrze wiedzieli, co robią, zamawiając na 20 edycję aż trzy spektakle. A i to nie wystarczyło, bo publiczność wypełniając widownię po ostatnie miejsce, też dobrze wiedziała, co robi…
„A niech to gęś kopnie” to skrząca dowcipem i językowymi dwuznacznościami, z drugim dnem i suspensem, prawdziwie smakowita historyjka. I nie ma co ulegać wyjętej z dziecięcej pozytywki melodyjce, skoro tak szybko, jak rozbrzmiewa, ustępuje miejsca taktom rodem z detektywistycznych kryminałów (Piotr Nazaruk). W końcu mamy tu układ gęś - lis, proszę jednak nie ulegać nazbyt oczywistym, utartym schematom myślenia. Bo oto ta pewna gęś, dozorczyni pewnego kurnika wchodzi w konflikt z pewnym przybyłym w celach wiadomych lisem. Ale konflikt to nie byle jaki i nietuzinkowy. Gęś przeżywająca głęboki uszczerbek na swojej psyche, gnębiona bezgranicznie niskim poczuciem własnej wartości i przeświadczona o beznadziei i bezsensie dalszej egzystencji, próbuje zmusić lisa do pożarcia samej siebie. I gdyby nie kolejne zdanie, można by pytać, gdzie tu konflikt, wszak lisy chętnie i wręcz nagminnie gęsi porywają, duszą, pożerają… Przepraszam - musiałam - wszak do historia niepozbawiona kryminalnej nuty, a nawet kropli krwi. Może tylko ta gęś, jak gęś głupia.
Ale sprytny lis mając w swym zasięgu całe grzędy szczelnie wypełnione tłustymi, zaspanymi po najgłośniejsze chrapanie kurami, nie umie zmusić się do zanurzenia zębów w wychudzonej depresyjnymi stanami gęsi. A ta, choć w tak poważnej niedyspozycji ducha, doskonale wie, czego chce i choć horyzonty niewielkie, nieźle radzi sobie z lisim wymykaniem się sytuacji. A że lis, jak wiadomo niczym lis przebiegły, podrzuca upartej jak osioł gęsi myśl - by nie rzec - gdzie wilk syty i owca cała…
Rozpoczyna się gęsi wymarzona ostatnia podróż, podczas której poza tym, co nastąpić ma  nieodwołalnie na jej koniec, dzieje się coś o niebo ważniejszego. I choć w mniejszym od naszego ludzi wymiarze, choć na blacie od komody, wcale nie mniej ważnego, niż nasze wielkie sprawy. Tej wybornej opowieści sekunduje pozostający w żywym planie i sercu wydarzeń narrator z… dziennikarskim zacięciem (urodzony chyba do tej roli Marek A. Cyris). Sprawę świadomego gęsi odejścia podgląda w stylu rasowego śledczego z niejednej gazety, szybko jednak orientuje się, o co w tym wszystkim chodzi, zarzuca wścibstwo i poszukiwanie taniej sensacji, by po ludzku służyć swoją osobą. Scena pozostającego w jego dłoni urwanego kurka od gazowej kuchenki - niezastąpiona.
Inscenizacja zaproponowana przez Teatr Animacji to wysublimowany, wysmakowany w najdrobniejszym szczególe spektakl o tym, że w życiu jednak wszystko jest możliwe. Bo  jak inaczej nazwać tę lisią uczuć ekwilibrystykę, od wielkiej do gęsi odrazy i chęci pozbycia się problemu (co niełatwe, gdy rzeczona dobrze wie, czym się wchodzi, gdy wyrzucają drzwiami), do… Nic więcej nie powiem. Bilet do Poznania nie aż tak drogi.
Marta Guśniowska miała myślę szczęście, że na jej drodze stanęli aktorzy Teatru Animacji w Poznaniu, a artyści Teatru Animacji mieli szczęście, że na ich drodze stanęła Marta Guśniowska. To przykład wzorcowej współpracy twórców teatru - autora sztuki, reżysera i aktorów, co nie było aż tak trudne, skoro Guśniowska sztukę napisała, wyreżyserowała i wcieliła się z niemałym urokiem w rolę gęsi właśnie. Ale żarty na bok, mamy tu jeszcze kilkoro aktorów, którzy stworzyli wysmakowane postaci cacuszka. Wyborny w roli lisa Marcin Ryl - Krystianowski, od stóp do głów lisi, lisi w każdym wymiarze. „Do zjedzenia” ciężarna zajęczyca z gromadką zajączków (jedna z ról Marioli Ryl - Krystianowskiej), której frustracja co chwila zrzuca maskę matczynego ciepełka, odkrywając uczucia, do jakich my mamy raczej się nie przyznajemy. Dziękuję - przez śmiech i łzy zobaczyłam samą siebie. Nie mogę nie wspomnieć o Krzysztofie Dutkiewiczu, który stworzył kilka decydujących o losie niedoszłej gęsiny wycyzelowanych postaci - mój faworyt - niedźwiedź dżentelmen ze swoim (kultowym dla starszej publiczności) „Czy on panią niepokoi?”. No właśnie, dla starszej publiczności, dla młodszej i dla najmłodszej. Ten tekst jak i pozostałe z resztą sztuki Guśniowskiej oddziałują na wielu poziomach i trafiają na prawdę do każdego. Mam dowód - twórcy dedykują przedstawienie 9 letnim i starszym widzom, ja zupełnie przypadkiem i z nieswojej winy, przyprowadziłam na nie swojego 3 i pół latka, spodziewając się najgorszego. Bawił się setnie, aż dziw mnie brał, w jakich momentach, sfrustrowanej zajęczej mamy oczywiście nie wyłączając…
Chciałabym nisko pokłonić się aktorom. Bo to, że tchnęli życie w swoje lalki to nic, oni grając nadawali sens swojemu, a nie lalki istnieniu. Każdym gestem, spojrzeniem, błyskiem w oku, byli swoimi maleńkimi zwierzątkami, całym sobą byli swoimi lalkami - zachwycającą, koronkową robotą scenografki Julii Skuratovej i pracowni lalkarskiej Teatru Animacji. Czerń stroju, drugi plan ani na moment nie zwolniły żadnego aktora z bycia… Z bycia, a nie grania. 
Wyszło teatralna szkatułeczka, chapeau bas. Chciałoby się do niej zaglądać codziennie, zamiast do dzbanka porannej kawy. Ona napełniłaby człowieka dawką energii i radości życia na wiele dłużej…

Zuzanna Talar

„A niech to Gęś kopnie”
Teatr Animacji (Poznań)
www.teatranimacji.pl
dyrektor teatru: Marek Waszkiel
autor: Marta Guśniowska
reżyseria: Marta Guśniowska
scenografia: Julia Skuratova
muzyka Piotr Nazaruk
obsada: Marta Guśniowska, Mariola Ryl-Krystianowska, Krzysztof Dutkiewicz, Marek A. Cyris, Marcin Ryl-Krystianowski
premiera 5 grudnia 2014 dla widzów od 9 lat


 

 


Copyright 2016 (C) Korczak. Realizacja: MATEO