Pl  |  Eng
Festiwalowe Studio Internetowe


Gazeta Festiwalowa

 

 


14.10.2015

FESTIWAL KORCZAK ZAKOŃCZONY, NAGRODY ROZDANE!...

Trzeba się było w końcu pożegnać... co niełatwe, bo XIX Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK 2015 (na szczęście dla młodych teatromanów i dzięki finansowemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urzędu Miasta Warszawy) trwał znacznie dłużej, niż poprzednie edycje. Przeżyliśmy wspólnie aż 12 festiwalowych dni! Zdążyliśmy się przyzwyczaić do bywania w teatrze, do ciekawych, świeżych, często zaskakujących propozycji zespołów z całej Polski, które postawiły wysoką poprzeczkę nie tylko sobie, ale i nam... widzom.  I jak co roku, konkursowe emocje studziły nie stające w szranki o najlepsze przedstawienie, teatry z różnych zakątków świata. W tym roku Teatr Powszechny, który użycza swych desek przyjezdnym spektaklom, gościł zespoły z Włoch, Hiszpanii, Rumunii, Izraela i Słowacji.
W ten zwieńczający 12 dni Festiwalu wieczór Teatr niczym na premierze wypełnił się po brzegi wierną publicznością, znawcami i twórcami teatru, znamienitymi gośćmi i rzecz jasna wieloma, wieloma młodymi ludźmi, którzy robili wszystko, by ta edycja była udana, najlepsza, niezapomniana...
Scenografia nie pozostawiła złudzeń, jakie wydarzenie dobiega właśnie końca. Nad sceną zawisły dziesiątki kolorowych, piankowych makaronów, które tym, którzy nie przychodzili na festiwalowe spektakle, mogłyby skojarzyć się z nauką pływania. Znakomita jednak większość bywalców Festiwalu wie, że to elementy, z których przed każdym spektaklem można było do woli budować i tworzyć nieskończenie wyszukane formy...
„Od 3 do 14 października dzieci w Warszawie przejęły władzę. Stała się ona epicentrum dziecięcej rewolucji. Ta młoda rewolucja skierowana była do wszystkich od 0 do 18 roku życia, stąd coraz bogatsza propozycja warsztatowa, z jaką wychodzimy do naszych widzów. Ci młodzi ludzie chcą dzisiaj podzielić się efektami swojej pracy, którą wykonali podczas warsztatów Teatru Forum i (Hi)storylab - przez wszystkie festiwalowe dni działali z wielkim zaangażowaniem, przygotowując swój spektakl o dorastaniu w latach 80 – tych” - powiedziała dyrektor Festiwalu Grażyna Karwowska – Winiarek. Wieczór uświetnili również słuchacze Szkoły Aktorskiej Machulskich, którzy pod przewodnictwem Zuzanny Falkowskiej i Pauliny Kardas zaprezentowali kilka utworów, że wspomnę choćby: „Dlaczego”, „Onomatopeje” i „Nieistniejące słowa, które są bardzo potrzebne”.
Dyrektor artystyczny Festiwalu Wojciech Faruga podzielił się z szeroką publicznością spisywanymi podczas trwania Festiwalu odpowiedziami młodych widzów na kilka ciekawych pytań... i już wiadomo, że przychodzą do teatru, by nie siedzieć w domu, ale i dlatego, że teatr jest fajny, a w teatrze młodym ludziom brakuje i konserwatyzmu i wyluzowania zarazem...
„XIX edycja Festiwalu to dowód, że wydarzenie jest lubiane i potrzebne. Warte zauważenia jest to, że poprzez teatr Korczak mówi wieloma językami i że poprzez kulturę edukuje dzieci z całego świata”  – podkreślił Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak, który wziął udział w zamknięciu Festiwalu - „Zachęciliście, wciągnęliście 4 tysiące dzieci w teatr. To wielkie dzieło” - podsumował Rzecznik.

Polski Ośrodek Międzynarodowego Stowarzyszenia Teatrów dla Dzieci i Młodzieży ASSITEJ decyzją Kapituły Atestów nagrodził aż 8 spektakli Atestami Wysokiej Jakości i Poziomu Artystycznego za rok 2013, które zostały wręczone tego wieczoru:

Jury XIX Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK 2015 w składzie: Marek Chodaczyński (Polska), Eva Čárska (Słowacja) i Razi Amitai (Izreal) przyznało następujące wyróżnienia:
dla spektakli:

dla twórców:

Gdy nadeszła pora wręczenia nagród głównych „Kota w worku” 2015 i Grand Prix „Złocisty”2015, przewodniczący festiwalowego Jury Marek Chodaczyński przyznał, że nigdy nie wie, która z tych nagród jest ważniejsza...
„Kot w worku” powędrował do... Twórców spektaklu „Kryjówka” w reżyserii Pawła Passiniego (neTTheatre w Lublinie)
Grand Prix „Złocisty” otrzymał spektakl „Gęś, śmierć i Tulipan” w reżyserii Marcina Jarnuszkiewicza (Teatr Baj w Warszawie)

Jury Dziecięce w składzie: Agata Strupiechowska, Maria Kluczyńska, Hanna Korewicka, Alicja Wojtyszko i Eryk Wojtyszko przyznało swoje własne, niezależne wyróżnienia:

Nagrodę główną „Ziarenko” Dziecięce Jury przyznało spektaklowi „Jak zostałam wiedźmą” w reżyserii Agnieszki Glińskiej (Teatr Studio w Warszawie)

Wyróżnionym i zwycięzcom serdecznie gratulujemy! Do zobaczenia za rok na Festiwalu KORCZAK 2016!


9.10.2015

DAWNO, DAWNO TEMU......

Kto z Was wie kim był Gašparek?  Kto poznał Go osobiście? Kto wie co to jest katarynka? I nie ma co się dziwić pytaniu o katarynkę, bo podczas oglądania spektaklu „Herkules lub podbój piekła” Teatru Tyjatr ze Słowacji i takie pytanie padło z ust widza młodego i  nie jednego… To pytanie skłoniło mnie do rozmyślań na temat wiedzy młodych o teatrze? Ci, którzy mieli szczęście podczas XIX Festiwalu dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK oglądać spektakl marionetkowy ze Słowacji, potrafią odpowiedzieć. Mieli bowiem możliwość nie tylko poobcowania z dawnym teatrem objazdowym i starą sztuką lalkarską, ale nawet podotykania tych pięknych drewnianych marionetek i... poznania ponad 100 letniego błazna Gašparka. A wszystko to za sprawą niezwykle sympatycznego słowackiego artysty Ivana Gontko, który bajką o mitologicznym półbogu Herkulesie i … dźwiękami katarynki, wprowadził nas w świat nieznany i odległy.
A było to tak: Piękna królowa Alkestis, oddała swoje życie Księciu piekieł w zamian za zdrowie swojego ukochanego małżonka Króla. Herkules zszedł do Hadesu, żeby piękną królowa uwolnić z rąk diabła. Chociaż historia jest poważna, to nie zabraknie w niej wszędobylskiego błazna Gašparka, który pomaga królowi na swój szczególny sposób, drwiąc i wytykając ludzka głupotę. Cała historia kończy się oczywiście happy endem, jak to przeważnie w bajkach bywa…
I wiem, że  niektórzy uznają, że taki rodzaj teatru przeszedł już do „lamusa” i jest tylko reliktem muzealnym. Jednak uważam, że każdy powinien chociaż raz obejrzeć to, co kiedyś było powszechną rozrywką, bo dziś jest, dla niektórych wisienką na torcie i prawdziwym rarytasem.

Magdalena Pauk


6.10.2015

COŚ NA ZAWSZE......

Na XIX Festiwal Dzieci i Młodzieży KORCZAK, specjalnie dla najmłodszych z Moskwy przyjechało dwóch braci. Pierwszy jest wiecznym optymistą, barwnym i kolorowym, zawsze uśmiechniętym. Drugi szarobury pesymistyczny, trochę „ciapciowaty”, myśliciel. Kompletnie do siebie nie podobni, zupełnie różni, jak to często w życiu bywa, można by rzec, że nic ich nie łączy. I tu nic bardziej mylnego… w ograniczonej do minimum scenografii, składającej się z paru kamyczków, możemy obejrzeć piękną opowieść o przyjaźni. Przyjaźni ciężkiej i trudnej, radosnej i wesołej, polegającej na wspieraniu się, dokuczaniu, kłóceniu i godzeniu, odkrywaniu, przeżywaniu wspólnych przygód, aż do głębokiej starości… W imię przyjaźni wymieniają się sercem, oczyma, a nawet pupą, gdy zajdzie taka potrzeba. I chociaż muszę przyznać, że niekoniecznie na początku podobała mi się wymiana jelit (oczywiście wszystko pokazane z dowcipną umownością), to szybko zmieniłam zdanie - spektakl ma bardzo jasny i oczywisty przekaz, niezwykle piękny i kruchy. Podczas przedstawienia padają trzy słowa „jeść”, „pracować”, „mieszkać”. Cała historia opowiedziana jest gestem, ruchem, z delikatną muzyką w tle, wygrywaną na dość nietypowym instrumencie Drim-Dram (połączenie bębenka z cymbałkami). Historia pokazana zaledwie w 35 minut, mija szybko i niepostrzeżenie.

Po spektaklu dzieci bardzo ochoczo ruszyły się z miejsc, żeby chociaż przez chwile pobyć w świecie dwóch różnych, a uzupełniających się braci. Kazały sobie robić burzę z blachy i spryskiwacza do roślin. Największe zainteresowanie budził instrument Drim-Dram, a akompaniująca do spektaklu Olga Sidorkevich wykazała się wielką cierpliwością, robiąc małym wszędobylskim krótką lekcję umuzykalnienia z użyciem pałeczek.
Przed spektaklem młodzi widzowie przez 20 minut mogli uczestniczyć w zajęciach autorstwa Antonio Catalano – reżysera i autora spektaklu, które przenoszą małego i pewnie nie jednego dużego widza do świata sennej magii i jedynej w swoim rodzaju natury. 
Pomimo, że spektakl dedykowany jest małym widzom od 1+, to najlepiej bawiły się dzieci 3-4 letnie, które bez problemu rozumiały treść i specyfikę spektaklu. Maluszki różnie sobie z tym radziły…

Magdalena Pauk

www.durova.ru
dyrektor teatru: Teresa Durova
autor, reżyser, muzyka, światło: Antonio Catalano
akompaniament: Olga Sidorkevich
scenografia/ warsztaty: „Teatrium na Serpukhovka Teresa Durova”
kurator: Teresa Durova, Marina Raikina
obsada: Nikolai Zverev, Rafael Nadżaf – Zade


13.10.2015

POKAŻ MI SWÓJ ŚLAD...

Każdy z nas zostawia po sobie ślady. Autor pisze czytaną przez lata książkę, malarz maluje podziwiany przez wieki obraz, dramaturg tworzy graną przez wiele teatrów sztukę, tata buduje  dom, w którym będą mieszkały nie tylko jego syn, czy córka, ale i kiedyś ich dzieci, dziadek sadzi w ogrodzie drzewa, które dadzą cień kolejnym pokoleniom. Dziadkowie lubią też zasiadać z wnukami na kanapie i otwierać stary album z pożółkłymi czarno – białymi fotografiami... Dzieci również pozostawiają swoje ślady... ślad kalosza w grząskim błocie, ślady linii papilarnych na plastelinie, ślad ręki w rozsypanej mące, ślad stopy na piasku.
Aktorki Teatru Atofri z Poznania Beata Bąblińska i Monika Kabacińska stworzyły przemyślny spektakl o przemijaniu i tym, co po sobie pozostawiamy. Bo choć temat to trudny i zdawać by się mogło, młodszego widza jeszcze nie interesujący, artystki wyczarowały intelektualne mini widowisko o prostym, trafiającym do wyobraźni właśnie najmłodszego widza przekazie. To spektakl obrazu, ruchu i dźwięku, w którym niepotrzebne słowa schodzą na drugi, a nawet trzeci plan.
Nikt nie przechodzi przez życie dla drugiego człowieka niezauważenie. Każdy zaznacza swoją tu obecność inaczej, każdy kreśli swój własny niepowtarzalny znak, jak każdy jest jedyny w swoim rodzaju. Aktorki podkreślają to na wiele sposobów, również kostiumami, które na pierwszy rzut oka takie same, a gdy się przyjrzeć, jednak tylko podobne.
Nie ma też wątpliwości, że każdy mały człowiek uwielbia bawić się piaskiem i wodą. Sypanie, przesypywanie, obsypywanie, przelewanie, oblewanie, wylewanie... I jeśli powiem, że wszystko to na scenie, proszę mi uwierzyć! W tle sceny papierowy ekran, który pięknie oddaje ruchy mokrego od wody pędzla, a gdyby pozwolić niebieskiemu światłu zabłysnąć, te zwykłe mokre ślady robią się bajeczne...
Dzieci, które otrzymały na rozpoczęcie spektaklu krótką lekcję zakodowanych w zdjęciach wspomnień, z otwartymi ustami przyjmowały z początku powściągliwe, po chwili coraz śmielsze, aż w końcu pozbawione jakichkolwiek hamulców, niczym nie powściągane szaleństwo rozsypywania na scenie piasku. Jak to? Dorośli sami robią taki bałagan? Tak wolno? A kto to posprząta?
Komuś mało? Proszę -  jedna z artystek sięga po wiaderko... i w sam środek rozsypanego piasku wylewa odrobinę wody. Przygląda się plamie, wylewa trochę wody raz jeszcze, aż w końcu odwraca wiaderko do góry nogami. Na oczach oniemiałych widzów robi się prawdziwa, rozbryzgana na pół sceny kałuża... I... oczywiście – artystki stają w samym jej środku, by chlapać, brodzić, taplać się, pryskać, rozchlapywać... Czy ktoś z Państwa skądś to zna? Ja również – z piaskownicy, znad morza, z wanny. Mój dwu i pół letni syn na ten obrazek zaczął rozwiązywać buty...
Aktorki niczym małe dziewczynki i mali chłopcy, bawią się sobą i z sobą. Tymczasem na scenie robi się błoto pełne śladów, znaków, rysów, pełne dowodów, że ktoś tu był i czegoś dokonał.  Beata Bąblińska i Monika Kabacińska ukazują świat dziecka w urokliwej pigułce. Po spektaklu zniecierpliwione dzieci mogą w tym piasku i błocie na scenie pozostawić własne ślady.   

Zuzanna Talar

obsada: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska „Ślady” Teatr Atofri (Poznań)
www.teatratofri.pl
prezes Poznańskiej Fundacji Artystycznej: Bogdan Żyłkowski
dyrektor teatru: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska
reżyseria: Barbara Kölling
muzyka: Roman D. Metzner
dramaturg: Erpho Bell
asystent reżysera: Thilo Grawe


7.10.2015

SAM, SAMEMU, SAMOTNIE...

Młodzież trzeba wysyłać na Szekspira, Makbeta, Becketta, ale na Wojtyszko niech też się wybiorą! I wcale nie mam na myśli pana profesora, autora sławetnej Bromby, ale jego córkę, a moją koleżankę, z którą szlifowałyśmy parę lat temu dramatopisarski fach – pozdrawiam Cię Marysiu! Maria Wojtyszko pisząc sztukę „SAM, czyli przygotowanie do życia w rodzinie” dotknęła niezwykle ważnych dla dzisiejszej młodzieży spraw w żartobliwej, ba - prześmiewczej, pełnej komediowych zwrotów akcji formie. Na języku szybko pojawia się jednak cierpki posmak, który ani na moment nie pozwala zapomnieć, o co w tym wszystkim chodzi...  Reżyserowany przez Jakuba Kroftę we Wrocławskim Teatrze Lalek spektakl, głośno rozprawia się z bolączkami młodych ludzi, które zgotowaliśmy im my...
Już samo dorastanie może przecież przysporzyć nieznośnych frustracji, chęci do zapadnięcia się w niebyt, męczarni braku zrozumienia, a to dopiero początek... bo ten pokiereszowany przez okoliczności wieku człowiek, bezdusznie wciągany jest w trybiki przestarzałej, od lat nie naprawianej, mocno więc już szwankującej machiny o nazwie system edukacyjny. 
Widz patrzy na tę rzeczywistość - swoją rzeczywistość - wcale nie tak bardzo znów przerysowaną (niestety, taka ona właśnie jest) i może się z niej do woli w bezpiecznej odległości pośmiać... nie uniknie jednak gorzkiej myśli, że jak długo będzie w tym układzie bezrefleksyjnie uczestniczył, tak długo będzie on trwał w odstającym od prawdziwego życia, nienaruszonym constans.
Spektakl podpuszcza młodzież do konkluzji, że wcale nie musi akceptować nonsensownych założeń, które choć mają, nie wprowadzają jej w dorosłość ani bezboleśnie, ani mądrze, ani w ogóle... Uświadamia, że oni – młodzi obywatele świata również mają prawo do: „nic o was bez was”... prawo do niezależności myśli, do indywidualności, do warunków, w których będą się mogli rozwijać. Bo dojrzewającego człowieka szkoła ma wychowywać, a nie... hodować. Ma też zrobić wszystko, by w tym akcie wychowywania ani przez moment nie poczuł się sam, jak SAM.
A jeśli do tych boleśnie symptomatycznych okoliczności dorzucić ot, choćby rozwód rodziców, który nie tyle wspomnianym rodzicom, co Samowi przysparza wiąż nowych problemów, robi się jakże trudny do przełknięcia koktail. Ilu młodych ludzi musi pić go codziennie, nie mogąc już znieść tego smaku...
Spektakl naznaczony współczesnością, rzeczywistością facebooka, emigracji, aborcji i in vitro, w zderzeniu ze skostniałą ramą programową szkoły, tworzą groteskowy, nonsensowny, co tu dużo mówić - absurdalny obraz codzienności dorastającego człowieka.
Kiedy i jak to zmienić? Do dzieła młodości!

Zuzanna Talar

„SAM, czyli przygotowanie do życia w rodzinie” Wrocławski Teatr Lalek (Wrocław)
www.teatrlalek.wroclaw.pl
dyrektor naczelny teatru: Janusz Jasiński
dyrektor artystyczny: Jakub Krofta
autor: Maria Wojtyszko
scenografia: Anna Chadaj
muzyka: Grzegorz Mazoń
obsada: Kamila Chruściel, Agata Kucińska, Marta Kwiek, Patrycja Łacina-Miarka, Grzegorz Mazoń, Radosław Kasiukiewicz, Marek Koziarczyk, Konrad Kujawski


13.10.2015

PRZYSZŁA ŚMIERĆ PO GĘŚ...

Teatr Baj sięgając po książkę Wolfa Erlbruha „Gęś, Śmierć i Tulipan” pomyślał o dorastającym młodym widzu w sposób podwójny. Powstała nie tylko inscenizacja dla nastoletnich teatromanów, a takich przedstawień jak wiadomo na warszawskich scenach niewiele, ale nade wszystko zrodził się spektakl dotykający niezwykle delikatnej i trudnej materii. To filozoficzna historyjka o życiu, a raczej jego przemijaniu, nie próbująca mówić, a mówiąca otwarcie o śmierci - subtelnie i z delikatnością, ale bez zbędnego zawoalowania, czy ceremonii.

Do jej opowiedzenia reżyser Marcin Jarnuszkiewicz użył lalek – jednej, mimo, że o błyszczącej w świetle reflektorów czaszce i pustych oczodołach, bardziej ludzkiej, niż upiornej i drugiej, urokliwie prostodusznej, z krwi i kości, czy piór raczej. Aktorki Elżbieta Bielińska i Małgorzata Suzuki bez najmniejszych wątpliwości oddały im nie tylko godny podziwu kunszt animacji, ale przede wszystkim swoje serca.

Z boku sceny, obok bardzo umownej (wprost znad jeziora i spod ręki Jarnuszkiewicza ) scenerii, swoje miejsce zajmuje grany przez Roberta Płuszkę ciepły i mądry Towarzysz Podróży. To czuwający nad Gęsią i jej Śmiercią autor tekstu i narrator sztuki, który przewracając kolejne strony książki, opowiada widzom ulotny, poetycki obraz. Uważnie obserwuje przy tym, co wydarza się na scenie. A tam dzieje się niewiele, cały ogrom zdarzeń rozgrywa się bowiem niedopowiedzianie i jakże symbolicznie pomiędzy Gęsią i Śmiercią właśnie... do pięknej, nastrojowej muzyki Mateusza Dębskiego.

Za czarną, przeźroczystą zasłoną, dającą rozmyte refleksy światła i wrażenie nieuchwytności chwili, na pomniejszonej scenie toczy się życie zupełnie innym, niż to, do jakiego przywykliśmy rytmem. Gęś niespiesznie, bez wyraźnego celu spędza dane jej życie, nie niepokojona przez nikogo... do czasu... Pewnego dnia, podobnego do innych zauważa towarzystwo. To śmierć. Była tu zawsze, tylko Gęś zbyt zajęta swoją gęsią codziennością, nie zauważyła nienachalnej współtowarzyszki. Zaskoczona i nieprzygotowana na takie spotkanie, z początku wpada w popłoch, zaraz jednak w natłoku swych gęsich spraw lekceważy majestat przybyszki. Szybko dostrzega, że przecież śmierć nie przyszła po nią, lecz... do niej. Że nieproszona dotrzymuje jej towarzystwa i... towarzystwa szuka, uciekając od swojej naprzykrzającej się samotności.

Na oczach widzów rodzi się wzruszająca, niespodziewana, burząca wszelkie wyobrażenia o przyjaźni bliskość. Taka odsłona relacji ze śmiercią, zmusza do zastanowienia (dla niektórych już po raz kolejny) nad odchodzeniem, nad kruchością istnienia, nad nieodwołalnością końca. Spektakl oczarowując spokojnym, pełnym wyciszenia rytmem i łagodnością, z jaką podejmuje wrażliwy temat, podpuszcza do takich przemyśleń i refleksji.
Zakończenie historyjki o „Gęsi, Śmierci i Tulipanie” napisał nie tylko Wolf Erlbruh, ale i życie, a jaką rolę odegrał w niej Tulipan, drodzy Widzowie zobaczcie sami. Oby w polskich teatrach więcej było tak mądrych i daleko w głąb sięgających spektakli, czego i Państwu i sobie życzę!

Zuzanna Talar

„Gęś, Śmierć i Tulipan” Teatr Baj (Warszawa)
www.teatrbaj.waw.pl
dyrektor teatru: Ewa Piotrowska
zastępca dyrektora: Wojciech Kasiak
autor: Wolf Erlbruch
przekład: Łukasz Żebrowski
reżyseria i scenografia: Marcin Jarnuszkiewicz
muzyka: Mateusz Dębski
asystenci reżysera: Marta Mielcarek, Marcin Marcinowicz 
obsada: Elżbieta Bielińska, Małgorzata Suzuki, Robert Płuszka


9.10.2015

ALICJA W KRAINIE DOROSŁYCH...

„Nie ma głupich słów, są tylko głupie myśli, muszę już lecieć” - zdążyło powiedzieć, zanim zniknęło, osobliwe indywiduum w niewykończonym smokingu, do przebudzonej właśnie z drzemki w trawie Alicji - „Jak to lecieć, przecież króliki nie latają?” Michał Kmiecik napisał sztukę, która nie ma nic wspólnego z „Alicją w Krainie Czarów” i wszystko zarazem. Zupełnie, jakby Alicja dostała od Kmiecika nożyczki i z powieści Corolla zrobiła sobie wycinankę - gdy przypatrzeć się literom, które pozostały, nie ma wątpliwości, co pocięła, ale skrawki szczególików, niuansów i detali poszły do kosza...

Ledwie Alicja dociera w miejsce, do którego nie powinna zbyt wcześnie dotrzeć, dzieje się tu wszystko, co w krainie fantazji i niedorzeczności stać się musi, ale jakoś umownie i niedopowiedzianie. I są tu też wszyscy, którzy w tym świecie absurdu i nonsensu być powinni, ale jacyś tacy inni, boleśnie prawdziwi, jakby nie z bajki o wielu drzwiach, a z życia wzięci... Błąkają się w niezwyczajnej, wymyślnej rzeczywistości, podsycanej i niepokojonej muzyką Roberta Piernikowskiego – intrygującą, poszarpaną, jak szarpanie struny, uderzaną w klawisz, w bęben, jęczącą skrzypcami, fascynującą.

Kmiecik całej tej menażerii ekscentryków, granych wybornie i z prawdziwym rozsmakowaniem przez aktorów gnieźnieńskiego Teatru im. Aleksandra Fredy, stworzył nie tylko chaotyczne, wciąż burzące się okoliczności, w których oczywiste staje się to, co nieoczywiste, a słowa zyskują nieograniczone znaczenie. Stworzył im przede wszystkim rzeczywistość skomplikowanego poplątania dziecięctwa z dorosłością, dał im świat zupełnie nowych kontrastów i sprzeczności - świat pożądania i niewinnych rymowanek, świat nienasycenia i dziecięcych wyliczanek. Problem zetknięcia ze światem dziwnym, staje się problemem zetknięcia ze światem dorosłym. Autor pochylił się nad żmudnym jego oswajaniem i co  najistotniejsze, nad kształtowaniem w sobie umiejętności świadomego stawiania granic, co z tej dorosłości przyjąć. Przed Alicją Kmiecika, już wiadomo – twarda szkoła życia, bo skoro „Alicja. Pod żadnym pozorem nie idź tam” - nie może być baśniowo.

To pomysł, to śmiała i świeża, zatopiona w klimacie naszej – jak by to pewnie powiedziała Alicja – przewspółcześnionej młodzieży, wariacja na temat „Alicji w Krainie Czarów”. To oryginalna inscenizacja zaproponowana przez scenografkę Justynę Łagowską, która miała swój reżyserski debiut, dając rzecz jasna spektaklowi również swoją scenograficzną i kostiumową wizję. Wizję symboliczną,  powściągliwą, w której wystarczy jedna para drzwi, a stołu nie trzeba, choć się za stołem wciąż siada - proszę spocząć, krzesła przecież są. Kostiumy tylko jednym elementem sygnalizujące, z kim mamy do czynienia (nakrycie głowy Kapelusznika – prawdziwa wisienka na torcie, choć zaskakujące w swej prostocie, niczym z ulicy wzięte). Łatwo dostrzec współbrzmienie reżysersko scenograficznej materii, nic jednocześnie nie zdradza, że Łagowska w krainie czarów postawiła swoje pierwsze kroki jako reżyser. 

Wystarczy zasiąść za wyimaginowanym stołem z całą menażerią dziwaków... i już wiadomo - nie tylko posiłek szykuje się dziwny. Bo że pozwolę sobie przytoczyć Kapelusznika: „Kartofle. Zdecydowaliśmy się podać kartofle. Pełne wiadra kartofli. Od tak, z czystej fantazji...” Zapowiada się osobliwa przygoda w ogóle. Szczególnie, kiedy cała przy stole rozmowa powtarza się i tylko emocje jakieś inne.
Alicja u Kmiecika styka się ze wszystkimi wymiarami dorosłości - odkrywają ja mężczyźni,  doświadcza, jak w tym świecie widziana jest prawdomówność: „Jesteś stara. - Ściąć jej głowę! Ale tak, żeby bolało. Chcę, żeby cię bolało Alicjo.”), ale kosztuje też swojej pierwszej damsko – męskiej z prawdziwego zdarzenia awantury z... kotem.

Dialogi nabrzmiałe od niedorzeczności i braku konsekwencji, momentami trudne do zniesienia nie dla tych na widowni, co dla samych rozmówców. Miałam wrażenie, że jestem na herbatce u Czechowa, a nie Carrolla... „Co to się tak ciągnie żółte?” - pyta kot Kapelusznika - „Wszystko, tylko to wszystko nie istnieje. A to nie wiem co, jakieś to jakieś jest takie sobie, jakieś sobie jest...”
Ale ten świat bez sensu zaczyna męczyć nawet przywykłe do niego oryginały. Królik, który wciąż szuka pozostawionego nie wiadomo gdzie parasola, zdaje się w końcu dojrzeć do zbagatelizowania histerycznego strachu przed uznaniem straty. Ze stoickim spokojem porzuca temat: „Zginiemy!” - krzyczy neurotyczna strona królika -  „Ty zginiesz. Ja będę kicał. A jak się wykicam, dam ci znać”. Kot również pozwala dojść do głosu swojemu prawdziwemu „ja” i przyznaje w końcu: „ Kocham myszy.” Alicja czuje w końcu przesyt wariactwem, powoli wie, czego chce, a raczej, czego nie chce. Zdejmuje białą wysypaną kwiatami sukienkę, pod spodem czeka już na niej mała czarna. Alicja dojrzała. Świat, w którym się znalazła, zaserwował jej mieszankę wrażeń, przypadków, wypadków i słów (choć Kapelusznik chyba chciał jej ich oszczędzić, zwinnie zmieniając „Goń się!” w „gąsiennicę”), która to mieszanka pomogła jej dorosnąć. Świat dał jej jednak szansę na swoją dojrzałą jego ocenę. I już wie na pewno – ten świat jej się nie spodobał: „Dość mam tej narkolepsji!” Ale i sama królowa zdaje się gubić w tym, co sama sobie stworzyła: „Nie, to nie będzie tak, że ja mówię i króla i siebie”.

Choć przed dorosłością nikomu jeszcze nie udało się umknąć, niech pozostanie tajemnicą, czy Alicja pozostaje w tym nowym, innym świecie... Witaj, a może raczej do zobaczenia, Alicjo...

Zuzanna Talar

„Alicja. Pod żadnym pozorem nie idź tam” Teatr im. Aleksandra Fredry (Gniezno)
www.teatr.gniezno.pl
dyrektor teatru: Joanna Nowak
zastępca dyrektora: Łukasz Gajdzis
autor: Michał Kmiecik
reżyseria, scenografia: Justyna Łagowska
muzyka: Robert Piernikowski
asystent scenografa: Katarzyna Jeznach
obsada: Katarzyna Kalinowska, Rozalia Mierzicka (gościnnie), Anna Pijanowska/Dominika Lichy (gościnnie), Michalina Rodak, Iwona Sapa, Paweł Dobek, Bogdan Ferenc, Maciej Hązła, Wojciech Kalinowski, Wojciech Siedlecki


12.10.2015

WŁADCZOŚĆ ...

Na widowni rozdano relaksacyjne poduszki… na scenie widać scenografie, która kojarzy się z dalekim wschodem, w tle muzyka relaksacyjna, jak w spa… Siedząc na widowni można by pomyśleć, że się zaraz odpłynie, ale nic bardziej mylącego. Widzimy króla, który w zadumaniu o czymś rozmyśla… Na scenie pojawiają się obrazy w bieli i w czerni, co jakiś czas robiąc ogromny hałas, przebiegają zwierzęta, przelatuje motyl (ów motyl był największą zagadką wśród młodych widzów). I jeśli Ktoś myśli, że spektakl „Całe królestwo króla” Teatru Animacji w Poznaniu jest tylko o zwierzętach, przyrodzie i jednym zagubionym w tym „lesie dalekiego wschodu” królu, nic bardziej mylącego. Reżyser Marcin Jarnuszkiewicz stworzył bowiem spektakl pełen przenośni i refleksji. Pełen zadumy nad światem tekst Heinza Janischa został przeniesiony na język obrazów i zdarzeń. Bo przecież któż z nas nie czuł się chociaż raz ważniejszy od innych? Kto nie czuł się lepszy? Tak  jak Król w swoim królestwie, który wszystkim poddanym obwieszczał donośnie „jestem waszym królem”! Jakby to miało wpływ na przyrodę czy zwierzęta? Za każdym takim stwierdzeniem Król dostawał gorzką lekcję od przyrody, która rządzi się swoimi prawami. Nie można sprawić, żeby noc była jaśniejsza (bo Królowi było za ciemno), ani żeby słońce dłużej grzało. Stając wobec przyrody nawet Król traci władze. Ale jest światełko w tunelu dla despotycznego władcy, po każdej gorzkiej lekcji pada z jego ust słowo „rozumiem”. Powoli dociera do władcy, że nie jest w stanie zmienić przyrody, pór dnia ani roku. I gdy spotyka na swojej drodze robaczka, już bez despotyzmu i władczości oznajmia mu łagodnie i troskliwie „jestem twoim królem”.

W obecnym pędzie cywilizacji i ciągłym dążeniu ku lepszemu, w wymyślaniu co raz to ciekawszych i nowocześniejszej technologii, nie zauważamy rzeczy prostych, nie potrafimy zwolnić tępa. Często czujemy się lepsi od innych. Uważamy się za mądrzejszych, ważniejszych. Lubimy rządzić, staramy się zmieniać klimat i mieć wpływ na przyrodę. Dla nas gorzkimi lekcjami od przyrody, bywają powodzie, susze, tsunami, trzęsienia ziemi. Giną często całe miasta, wsie – przyroda się broni. Daje znać i pokazuje nam, że nie warto w nią ingerować. Pracując w korporacjach, ciągle „gonimy króliczka”, staramy się być lepsi od innych, bierzemy udział w niekończącym się wyścigu ku doskonałości. Często płacąc za to wysoka cenę utraty zdrowia, rodziny. Może warto zwolnić w tym pędzie donikąd… stanąć rozejrzeć się wokół siebie… Złapać harmonię i równowagę  - być królem we własnym królestwie zdystansowanym do siebie i czerpiącym radość ze spraw najprostszych…

Magdalena Pauk

Teatr Animacji w Poznaniu
www.teatranimacji.pl
dyrektor teatru: Marek Waszkiel
autor: Heinz Janisch
przekład: Maria Borzęcka
reżyseria: Marcin Jarnuszkiewicz
scenografia: Marta Zając, Marcelina Jarnuszkiewicz
muzyka: Mateusz Dębski
światło: Prot Jarnuszkiewicz


12.10.2015

PODRÓŻ ...

„Podróż” w wykonaniu Teatru Lalki i Ludzie z Supraśla, to podróż inna niż wszystkie. Po pierwsze forma spektaklu to dla mnie nowość. Spektakl stoi na granicy między performancem plastycznym, koncertem muzycznym i spektaklem teatralnym. Oglądamy sześć różnych historyjek, zrealizowanych w różnych technikach cieniowych obrazów ruchomych.

Obrazem, który utkwił w mojej pamięci jest „Biegacz”, jedna z najkrótszych chyba, ale bardzo bezpośrednich i wstrząsających przenośni.  To obraz małych pacjentów oddziałów onkologicznych, którym już na starcie życia los to życie odbiera…

W obrazach „Piechur” i „Wioślarz”, przyglądamy się różnym sposobom podróżowania. Ten pierwszy to typ krótkowzroczny, patrzący ciągle pod nogi i nie zainteresowany światem dookoła. Skoncentrowany na sobie. W „Wioślarzu” widzimy dalekowidza, który z kolei nie widzi niczego przed sobą, spogląda ciągle w dal. Oba te przeciwieństwa są dziś na czasie. W codziennej bieganinie i dążeniu do lepszego życia, zamykamy się na innych, koncentrując się na sobie. Albo zapominamy o sobie i dostrzegając biedę, czy dramat kogoś obok,  nie widzimy własnych potrzeb.

W „Kołysance” odbywamy podróż w czasie. Matka martwiąca się u kołyski o losy swojego dziecka, wyobraża sobie jego przyszłość. Ile z nas, matek nie myśli o tym? Która z nas nie rozmyśla, kim będzie nasza córka lub syn? Jakie będą nasze dzieci?

„Myśl” to podróż, rozumiana jako proces. Rodząca się w głowie poczwarka, z czasem zamienia się w pięknego motyla. Jest to proces długi i ciężki. Wymaga dużo wysiłku i cierpliwości. A jego efekty mogą być zaskakujące…

„Ślad”, to podróż w głąb siebie, która prowokuje nas do zadania sobie pytania – co po sobie zostawimy…? Czy w ogóle coś po sobie zostawimy? A może przeminiemy niespodziewanie zostawiając po sobie tylko pustkę?

„Podróż” to przedstawienie, po którym zostaje mnóstwo pytań i niewiadomych. To spektakl, który prowokuje do myślenia, zastanowienia nad sensem nie tylko własnego życia. Warto stanąć w tym pędzie choćby na moment, żeby „wejść” w głąb siebie i zastanowić się, jaką podróż właśnie odbywamy…

Magdalena Pauk

www.teatrlalkiiludzie.com
Dyrektor Teatru: Krzysztof Zemło
Autor, reżyser: Krzysztof Zemło
Scenografia: Ewa Agnieszka Zemło
Muzyka: Jan Mlejnek
Obsada: Eliza Mieleszkiewicz, Ewa Agnieszka Zemło, Jan Mlejnek


13.10.2015

SLADY NA PIASKU

Piasek ma w sobie coś niezwykłego. Piasek to nieskrępowana zabawa, pozbawiona rywalizacji i oceny – symbol dzieciństwa, ale piach to także symbol odchodzenia. Piasek to również tworzywo, na którym można zostawić swój ślad i z którego można budować. Ale budować… zamki… na piasku.

Trwałość i nietrwałość, przychodzenie i odchodzenie, tożsamość – wokół tych pojęć skupiają się myśli widza oglądającego „Ślady” – niemal pantomimiczny spektakl  Teatru Atofri. Poznańskie aktorki w kilku scenach opowiadają obrazem i ruchem, światłem i muzyką o śladach, jakie zostawiają w nas poprzednie pokolenia – nasi pradziadkowie, dziadowie, rodzice. Ile z nich jest w nas? I na ile my na czarno-białych fotografiach jesteśmy sobą obecnie: „Czy to jestem ja?” – pytają postacie na wstępie spektaklu widzów, pokazując im zdjęcia małych dziewczynek, a potem przyklejają je na ogromnym arkuszu papieru drukarskiego i rysują mapę relacji międzygeneracyjnych. Postacie, w które wcielają się aktorki, bawią się ze sobą, naśladują się, sprawdzają właściwości piasku, jego sypkość, lekkość i plastyczność – w połączeniu z wodą. W jednej ze scen wykorzystana jest technika teatru cieni wzbogacona o element malowania wodą po podświetlonym papierze, co daje urzekający efekt srebrzystego śladu. Śladu… który wyschnie – jak wspomnienia. Nieraz wyraźne, oszałamiająco piękne, nieraz blade, ledwo zarysowane. A wszystkie z czasem ulatują, wycierają się, nikną…

Teatr nieposługujący się słowem to forma dość trudna w odbiorze dla młodego widza, szczególnie przyzwyczajonego do wielości silnych bodźców, a jednak obecne na sali dzieci, w wieku na oko od czterech do 11 lat, obserwowały zmieniające się obrazy w niezwykłym skupieniu. Pomagała w tym oszczędna muzyka autorstwa Romana D. Metznera, w której naprzemiennie, a czasem w harmonii stosowane są dźwięki talerza (także na żywo) oraz preparowanego pianina, z jego unikalnym brzmieniem. Ta koncentracja i uwaga towarzyszyły także zaproponowanej przez artystki widzom aktywności w postaci rysowania na piasku oraz następującej po niej rozmowie z aktorkami. Twórczyniom i aktorkom teatru Atofri: Beacie Bąblińskiej i Monice Kabacińskiej, które reżysersko poprowadziła Barbara Kölling z niemieckiego Teatru Helios, należą się wielkie słowa uznania za systematyczną pracę twórczą, która młodemu widzowi już od paru ładnych lat proponuje spotkanie z teatrem wysmakowanym, a jednocześnie naturalnym i autentycznym. Teatrem, który zostawia ślad.

Urszula Bisek

„Ślady”
Teatr Atofri – Poznań
reżyseria: Barbara Kölling 
muzyka: Roman D. Metzner 
dramaturg: Erpho Bell 
asystent reżysera: Thilo Grawe
obsada: Beata Bąblińska, Monika Kabacińska 


12.10.2015

CAŁE NASZE KRÓLESTWO

Zorganizowaliśmy sobie cywilizację, której nie każdy potrafi dotrzymać kroku, otaczamy się coraz bardziej skomplikowanymi, już tylko dla wybranych zrozumiałymi technologiami. Lecz choćbyśmy byli nawet niedoścignienie wysoko, nigdy nie uda nam się... kontrolować natury, nie uda nam się  jej kreować, ani nawet wtrącać się do niej. Jest silniejsza od najnowocześniejszych rozwiązań, od wszelkich cywilizacji, jest silniejsza od człowieka.

Próbuje nią rządzić zaślepiony zachodzącą na oczy koroną król. Ustanawia ją „Całym królestwem króla”, uzurpuje sobie do niej prawo i pyszny, pewny swej siły, czyni, co w jego królewskiej mocy, by jak najlepiej dysponować swymi poddanymi. Falami, roślinnością, słońcem, chmurami, tymi co latają, pływają i tymi, co biegają (a nawet białym pieskiem). A one wyślizgujące się spomiędzy dyktatorskich palców, niezależne, ulotne, niczyje, rządzą się własnymi prawami i wymykają spod wszechogarniającej królewskiej kontroli. Tylko mały biały piesek - prawdziwy przyjaciel człowieka waha się moment, by wycofać, dokąd właśnie miał odejść...Wspaniałomyślny władca cierpliwie i wyrozumiale przekonuje każdą żyjącą istotę, że podlega jego woli, zależy od niego, jest jego.

Chce rządzić, próbuje rządzić, rządzi, ale nie ma kim... przyroda umyka jego woli, wycofuje się płoszona despotyzmem, nieustępliwością i ślepotą samozwańczego władcy... A przecież królowi bardziej wypada otaczać swoich poddanych troskliwą opieką, pomagać, wstawiać się za nimi, niż rządzić...
Król długo opiera się detronizacji, nie wierzy, że w żadnych spośród spoglądających na niego oczu nie jest królem. I dopiero, gdy uważnie i czule przygląda się każdej roślinie i każdemu zwierzęciu, rozumie, że jest jednym z nich... i jak one, zależy od pór dnia i roku... Godzi się ze swą zależnością od natury i oddaje jej swe rządy. Już wie, że nikt nie jest dla niego, a on dla wszystkich. W końcu król kłania się maleńkiemu robaczkowi i mówi: „Jestem twoim królem”. Tyle już razy wypowiedział te słowa, teraz zabrzmiały inaczej. Władca przestał wpatrywać się w siebie, dostrzegł  tych, którym jest potrzebny.

Marcin Jarnuszkiewicz biorąc na swój warsztat ważny i pouczający tekst Heinza Janischa w adaptacji Marii Borzęckiej, stworzył prawdziwą dla oka perełkę. Spod jego ręki i dzięki artystom Teatru Animacji z Poznania wyszedł niezwykły spektakl obraz - spektakl czerni i bieli, światła i ciemności. Ogromną rolę w przedstawieniu gra jakże symboliczna i poruszająca wyobraźnię scenografia Marty Zając i Marceliny Jarnuszkiewicz, scenografia z papieru, drewna, metalu, piór, tak bliska naturze i wpisująca się w krajobraz upierającej się przy swej prostocie natury... Akcja toczy się na drewnianym, wspartym na balach podeście, w który stukają obcasy robiących wiele hałasu i zamieszania zwierząt. Dla mnie podest spełnił jeszcze jedną funkcję. Miałam wrażenie, że wszystko dzieje się na pomoście, z którego już tylko krok do pełnego zanurzenia się w łono przyrody.

To piękne, ujmujące, pełne symboliki widowisko wielu niedopowiedzeń i przenośni, które każdy może zrozumieć inaczej, każdy może wynieść coś zupełnie innego. Z pewnością jednak każdy po tym spektaklu będzie miał o czym myśleć, a obrazy długo pozostaną pod zamkniętymi powiekami. 

                                                                                                                                
Zuzanna Talar      

„Całe królestwo króla” Teatr Animacji w Poznaniu (Poznań)
www.teatranimacji.pl
dyrektor teatru: Marek Waszkiel
zastępca dyrektora: Justyna Żamojda
autor: Heinz Janisch
przekład: Maria Borzęcka
reżyseria: Marcin Jarnuszkiewicz
scenografia: Marta Zając, Marcelina Jarnuszkiewicz
muzyka: Mateusz Dębski
reżyseria światła: Prot Jarnuszkiewicz
obsada: Magdalena Dehr, Julianna Dorosz, Sylwia Cyris, Marek A. Cyris, Krzysztof Dutkiewicz, Marcin Ryl-Krystianowski>


11.10.2015

RĘCE, KTÓRE GRAJĄ

Widziałam już niejeden spektakl dla młodego widza, ale takiego, w którym główną rolę grają ręce – nigdy!  „Dłońmi” hiszpańskiej grupy El Patio Teatro to ujmujący mini teatr na dwie ręce i z całą pewnością na dwa serca, które artyści oddali nam... jak na dłoni...

Na scenie w niewielkiej przestrzeni ujętej na postumencie po starej maszynie do szycia, rodzi się życie. Z początku tylko dwa palce – ale temperamentnie i prężnie w to dane im życie wkraczające Za moment palców robi się więcej - do życia budzą się dłonie. Zadziwiająco człowiecze i w godny podziwu sposób zręczne... Na naszych oczach dłoniom los robi prezent i dostają do swych rąk... glinę. Od razu wiedzą, co z nią zrobić. Pojawia się matka, która zagląda do swego brzucha, by przytulić nienarodzone dziecko, z raczkującego już zaraz malucha robi się zając i wielu innych... I być może zabawom gliną nie byłoby końca, gdyby jedna z dłoni nie otrzymała pięknej, ludzkiej głowy. Lecz wraz z nią przyjmuje też ludzki dramat...

Zostaje wrzucona na wystawę antykwariatu, pomiędzy tandetne, niewiele warte ceramiczne przedmioty. Zrezygnowana popada w przygnębienie i marazm. Odcina się od nieciekawych osobliwości, ale osamotnienie daje się jej powoli we znaki. Próbuje więc mimo dystansu do mało oryginalnych współtowarzyszy wystawy, zaprzyjaźnić się z czymkolwiek, co zechciałoby się z nią zaprzyjaźnić. Żadna jednak z rzeczy nie ma ani polotu ani fantazji, by popełnić coś tak ludzkiego, jak przyjaźń. Dłoń na własną rękę próbuje stworzyć choć pozory relacji, ustawia martwe przedmioty bliżej siebie, bawi się nimi, usiłując zabijać nudę i uczucie odtrącenia i... robiąc przy tym straszliwy bałagan. Lecz kiedy tylko zdąży przywiązać się do martwego przedmiotu, ten znika sprzedany. Dni wypełniane gwarem kupujących mijają, przeplatane ciemnymi nocami, dłoń zaczyna marzyć o ucieczce z tego okropnego, coraz bardziej ziejącego pustką miejsca. Obsesyjnie zajmuje ją tylko ta jedna myśl, kiedy niespodziewanie dla wszystkich na wystawie pojawia się ceramiczna filiżanka. Następuje prawdziwy popis umiejętności artystów, którzy oddają swe ręce tym dwojgu. Dłoń zaciekawiona, filiżanka zdystansowana, dłoń pełna nadziei, filiżanka poirytowana, dłoń rozochocona, filiżanka agresywna, dłoń rozczarowana, filiżanka atakująca wojną na „pozy”, z których i dłoń wychodzi zwycięsko. A jak to w życiu bywa od nienawiści tylko jeden krok do miłości... Jeśli ktoś nie jest w stanie wyobrazić sobie całującej się z filiżanką dłoni... to trudno...  Teraz dłoń nie jest już sama w swych wysiłkach, by uciec ze sklepu, a wiadomo, co dwie głowy, to nie jedna... Wspólne życie na dobre i na złe nie trwa długo, na wystawie antykwariatu zawisa tabliczka: „Wyprzedaż. Likwidacja sklepu”, znikają kolejne przedmioty, zupełnie bez ostrzeżenia znika też filiżanka, a po niej kolejni. Dłoni nie kupił nikt, nikt dłoni nie chciał. Zostaje zupełnie sama... Czy to nie trochę, jak w życiu, kiedy czujemy się rozczarowani, nieszczęśliwi, osamotnieni i nierozumiani i nagle otrzymujemy od losu uczucie, które wszystko wynagradza, ale zaraz znika?

Urokliwa i wzruszająca, opowiedziana bez jednego słowa historia, która chwyta za serce i... gardło. „Czy ta historia musiała się tam smutno skończyć?” - pytała po przedstawieniu mama, która przyszła na spektakl z dziećmi. Podobno artyści próbowali kilku zakończeń, ale to gorzkie i smutne najbardziej ich ujęło. „Takie właśnie jest życie – tłumaczyli twórcy tej opowiastki Julián Sáenz-López i Izaskun Fernández – nieprzewidywalne i często inne, niż byśmy tego chcieli...”

Zuzanna Talar

„Dłońmi” El Patio Teatro (Hiszpania)
www.ikebanah.es
dyrektor teatru: Julián Sáenz-López i Izaskun Fernández
autor, reżyser, obsada: Julián Sáenz-López i Izaskun Fernández


 

9.10.2015

HISTORIA O HISTORII

Wielce zaskoczona zostałam, ba, wręcz urażona, kiedy dowiedziałam się, że są ludzie, dla których lata 90. to historia. A jednak… okazało się, że osoby takie istnieją i nie są to jedynie niemowlęta. W grupie tej znajdują się nawet nastolatki! No tak… matematyka i czas są nieubłagane…
Grupa młodzieży ze szkół ponadpodstawowych przygotowała spektakl, którego treść to osadzone w latach 90. demokratycznej Polski love story. Młodzi zakochani próbują umówić się na randkę (w nowo otwartej „amerykańskiej restauracji” Mc Donald’s) za pomocą „pięciosekundówek” – bezpłatnych, acz – jak sama nazwa wskazuje – mocno ograniczonych w czasie rozmów telefonicznych, następnie zaś poszukują – każdy z osobna – na Stadionie atrybutów mających uświetnić wieczór: Ona poszukuje odpowiedniej kreacji (rodem z rynków wschodnich), On właściwego na pierwszą randkę filmu VHS (tylko uwaga – ostrzega sprzedawca – nie można kłaść go byle gdzie, bo się może rozmagnetyzować!)
Te i inne smaczki „z tamtych lat” towarzyszą tej opowieści nie przez przypadek. Spektakl zgodnie z projektem pomysłodawcy, Wojciecha Farugi, miał być zwieńczeniem właściwej pracy, a mianowicie badań nad przeszłością – taką, jaką zapamiętali ją „zwykli ludzie”. Autorzy spektaklu i wykonawcy w jednej osobie na początku działań pod kierunkiem Sebastiana Królikowskiego i Marcina Zbyszyńskiego uczestniczyli w specjalnych warsztatach o nazwie„(Hi)story lab”. Dom Spotkań z Historią, pod którego auspicjami odbyły się warsztaty, to placówka dysponująca Archiwum Historii Mówionej. Jej pracownicy dzielili się z uczestnikami wiedzą na temat sposobów zbierania informacji (w tym np. technik zadawania pytań) o historii od jej świadków. Pierwszym zadaniem dla uczestników warsztatów było dotarcie do wspomnień z lat 90. najbliższych osób, a kolejnym – wspomnień osób nieznajomych. Następnie próbowali metody, jaką jest sonda uliczna i na bazie zgromadzonej wiedzy o latach transformacji gospodarczej stworzyli scenariusz spektaklu.
Choć historia przedstawiona na Scenie Pracownia Teatru Powszechnego jest nieskomplikowana, a wręcz banalna, wcale nie przeszkadzało to w odbiorze. Z sympatią i zaciekawieniem śledziłam losy zakochanej pary i oglądałam kolejne sceny: dyskoteki, treningu aerobiku, sceny na Stadionie czy w wypożyczalni kaset video, obrazujące rzeczywistość z mojego dzieciństwa – poza sentymentem zagrały tutaj zaangażowanie i talent młodych aktorów oraz ich poczucie humoru. Twórcy odsłonili także kulisy powstawania spektaklu (tytułowe laboratorium swojej pracy) i pozwolili widzom podejrzeć „żywych świadków” historii, którzy na teatralnym ekranie mają swoje pięć minut.

Urszula Bisek


10.10.2015

HERKULES

Są dwa powody, dla których warto oglądać przedstawienia Tyjátru, czyli Tradycyjnego Lalkowego Teatru ze Słowacji, kiedy tylko jest to możliwe.

Po pierwsze przyjemność obcowania z wielką tradycją europejskiego teatru. Wiem, że Punch i Judy oraz ich słowacki kuzyn Gašparko z pozoru dalecy są od „wielkości”. Jak jednak nie kochać postaci, które wychowały do oglądania teatru pokolenia Czechów, Słowaków, ale też Niemców, Francuzów, Włochów, Anglików i tylu innych? Skromne jarmarczne teatrzyki odgrywały spauperyzowane historie z repertuaru mitologiczno-rycerskiego bawiąc prostymi gagami (wroga bij pałką w głowę potykając się o własne nogi) ludzi w każdym wieku. Prostym, kanonicznym fabułom, przekazywanym jak skarb z ojca na syna towarzyszyła wyrafinowana, z naszego punktu widzenia, forma. Podczas spektaklu prezentowanego na tegorocznym festiwalu korczakowskim mieliśmy okazję oglądać piękne drewniane marionetki na drucie, z towarzyszącą im zabytkową lalką Gašparka. Zawieszony na niciach błazenek liczy ponad sto lat! Ktoś o niego dbał, pielęgnował drewniane członki przez tyle czasu! To, co kiedyś było rozrywką powszechną, dziś jest rzadkością, festiwalowym rarytasem. Tradycją kultywowaną przez nielicznych, świadomych jej wartości zapaleńców.

Jednym z nich jest Ivan Gontko, aktor Starego Teatru w Nitrze i wędrownego Teatro Tatro, przez wiele lat współpracujący z Ondrejem Spišakiem, reżyserem, który zrobił w Polsce dużą karierę zarówno w teatrach lalkowych, jak i dramatycznych. Teatr z Nitry jest stałym bywalcem polskich festiwali. Ivan ma czułe podejście nie tylko do staruszka Gašparka i jego kompanii, ale też do młodych widzów, których gromadzą jego spektakle. Z wielką cierpliwością, pogodą i sympatią wprowadza w arkana pracy wędrownego lalkarza. Po spektaklu dzieci (i dorośli!) mogą obejrzeć lalki, zagrać na katarynce i wypróbować mechanizm podnoszący i opuszczający kurtynkę. Ivan czuje się spadkobiercą Antona Anderlego, słynnego słowackiego lalkarza ludowego. Mimo że nie łączyły ich więzy krwi, a tylko serdeczna zawodowa znajomość, Ivan traktuje nieżyjącego już Antona jako swojego patrona i mistrza. I jest jednym z ostatnich kontynuatorów wielkiej tradycji. Warto wpaść na Herkulesa – dla Ivana!

Magdalena Foks

"Herkules lub podbój piekła" Teatr TYJATR (Słowacja)
www.tyjatr.sk
dyrektor teatru: Ivan Gontko
autor: Anton Anderle
projekt: Miroslav Duša
tekst i reżyseria: Juraj Hamar
scenografia: Ďuro Balogh
muzyka: Juraj Hamar na motywach pieśni ludowych
obsada: Ivan Gontko, Ivana Gontková, Rebeka Gontková; marionetki - Beata Westrych-Zazrivec, Jaroslav Štuller, Juraj Hamar


10.10.2015

LEKCJA FILOZOFII DLA NAJMŁODSZYCH

„Kto z was chciałby rozweselić pechowego nosorożca” to obowiązkowa lektura dla małych filozofów. Tak – małych – bo dziecko nim jest z pewnością, skoro zadaje pytania, jest ciekawe, dociekliwe i nieustępliwe w poszukiwaniu wciąż nowych odpowiedzi. Wielki filozof Leszek Kołakowski lata temu napisał bajeczkę dla swojej córki, małej Agnieszki, dziś również pani filozof. Na reszcie tę mądrą powiastkę na swój warsztat wziął reżyser Cezary Domagała i w Teatrze Rampa przygotował kolorową adaptację z filozofią w roli głównej.

Niezdarny... a z resztą, jaki nosorożec jest – każdy widzi – nie marzy, by jego róg był bielszy, czy jego ciężar bardziej imponujący, on chciałby – drobnostka – latać. I to niemożliwe pragnienie staje się punktem wyjścia do rozważań nad... przyglądaniem się sobie.

Każde przecież dziecko znajdzie kiedyś powód, by zawyrokować, że nie robi tego, co chciałoby robić, nie ma tego, co chciałoby mieć, nie jest takie, jakim chciałoby być, lub co gorsza, nie jest tym, kim chciałoby być. Porównywanie siebie do innych, czy do idealnego obrazu samego siebie, jest integralną częścią rozwoju młodego człowieka i... pozostaje z nim już do końca życia. Marzenie i przekraczanie swoich ograniczeń, by te tęsknoty urzeczywistnić, też pozostaje w zgodzie z ludzką naturą. Jakże jednak istotne, by w tym mierzeniu się ze swymi zahamowaniami, akceptować swe niedoskonałości i nie zapomnieć ani o miłości, ani o szacunku do „ja”.
Całkiem rozumiem przysadzistego nosorożca, którego kilogramy bezustannie przygniatają do ziemi, że chciałby poczuć lekkość bytu... Ale czy wolno skazywać się na cierpienia, gdy życzenie jest niedościgłe? Czy los nie obszedłby  się z marzycielem łagodniej, gdyby pomógł mu odszukać w sobie jego piękne strony? Czy nie lepiej byłoby, gdyby nosorożec marzył o tym, co choć w małym fragmencie może urzeczywistnić?

To dylematy, przed którymi wcześniej, czy później staną nasze dzieci. Pytania, czy mierzyć tam, gdzie czeka możliwe, czy tam, gdzie wydaje się czekać piękniejsze niedoścignione, stawiać sobie łatwe cele i czerpać radość z ich osiągnięcia, czy celować wiele wyżej i mieć frajdę z samego dążenia, bez pewności, że uda się zrealizować zamierzony plan?

Nosorożec (Julian Mere) wspierany w swej karkołomnej aspiracji do latania przez o złośliwości losu – posiadacza skrzydeł – wróbla (Dorota Osińska), ucieka się do coraz wyszukańszych prób osiągnięcia wariackiego celu. Gdy nie przydają się pożyczone przez empatycznego (a może naiwnego) przyjaciela maleńkie skrzydełka, pyszałkowaty (a może racjonalny) samolot (Julian Tondera) odmawia pożyczenia swoich skrzydeł, wielkie niczym konstrukcja Leonarda da Vinci skrzydła zrzucają niepokorne zwierzę (niczym zuchwałego Ikara) do morza... gdzie godzi się ze swoimi warunkami. Pomagają mu w tym również trzej rybacy, którzy wymierzając mu (w nieakceptowalny według najnowszych trendów wychowawczych sposób) sprawiedliwość za przewrócenie łodzi. I być może pomagają twardo stanąć na ziemi... 
To opowieść o tym, że warto nauczyć się cenić to, co ma się w sobie i w zasięgu ręki. Bo choć marzenia uskrzydlają i dodają życiu barw, nie wolno w drodze do nich zaprzepaścić siebie samego.

Mądra bajka w kolorowej scenografii Bartosza Skoczkowskiego, pełna prostych, a jakże zaskakujących wprost z pokoju dziecięcego wziętych  rozwiązań, nawiązujących do tak lubianej przez dzieci zabawy w budowanie czegoś z niczego - skonstruowany na oczach widzów samolot chwycił za serce wszystkich bez wyjątku widzów.
Autor aranżacji Daniel Jabłoński wplótł wiele urokliwych piosenek do muzyki Krystyny Kwiatkowskiej, wyśpiewywanych nie tylko przez poturbowanego (życiowo i dosłownie) nosorożca, czy przez zdystansowany do jego zgryzoty samolot, ale przede wszystkim przez nie będącego w stanie powściągnąć swych wokalnych zdolności wróbla. Wróbel nie panuje i nad swoją nadpobudliwością, która każe mu zaczepiać dzieci i wciągać do pocieszania nosorożca, który, jak ptaszek zawyrokował, skoro nie lata, jest pechowy. Czy pechowy? A może raczej nosorożec po prostu nie może latać, bo po prostu nie ma skrzydeł...
Spektakl ani na moment nie pozwala młodemu widzowi bezpiecznie zapaść się w teatralnym fotelu, bezustannie potrzebny jest jego głos, jego ręce, jego... a zresztą – proszę zabierać dzieci i przychodzić do teatru. Piękne połączenie filozofowania z sapaniem, piszczeniem, dyszeniem i całą ferią ręcznych działań uzupełniających... Nie można się nudzić!

Zuzanna Talar

„Kto z was chciałby rozweselić pechowego nosorożca” Teatr Rampa (Warszawa)
www.teatr-rampa.pl
dyrektor naczelny teatru: Witold Olejarz  
autor: Leszek Kołakowski
reżyseria, adaptacja, teksty piosenek: Cezary Domagała
scenografia: Bartosz Skoczkowski
kostiumy: Barbara Malinka
muzyka, kierownictwo muzyczne: Krystyna Kwiatkowska
aranżacje: Daniel Jabłoński
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
ruch sceniczny: Katarzyna Kostrzewa
obsada: Dorota Osińska, Julian Mere, Julian Tondera
oprawa graficzna projektu: Filip Domagała


8.10.2015

CZŁOWIEK ORKIESTRA PRZEZ DUŻE K!!!

Człowiek orkiestra, a raczej kobieta i to przez duże K! Ruti Tamir – dyrektor teatru, autor, reżyser i aktor w jednym. Miałam zaszczyt, tak dokładnie i dosłownie miałam zaszczyt oglądać dziś spektakl „Cztery baśnie i królowa” Ruti Tamir Theater and Mime Theater z Izraela. Jest to spektakl łączący pantomimę i słowo, co jest duetem samym w sobie dość nietypowym. Rzadko się zdarza, a właściwie nie zdarza się to wcale, żeby aktor będący mimem i grający pantomimę, używał dialogów. Ruti Tamir, która przez cały spektakl ani razu nie zeszła ze sceny wcieliła się dziś w postaci ośmiu zwierzątek i królowej. Spektakl przedstawia cztery historyjki o zwierzętach, a łączy je królowa sędzia, która wcale nie chce być królową. Najchętniej całymi dniami przeglądałaby się w lusterku (coś z bajki „Królewna Śnieżka”) na dodatek jest mało sympatyczna i łudząco przypomina królową kier z bajki „Alicja w krainie czarów”. Gdy tak przegląda się w lusterku i zadaje znane nam już pytanie „lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”, nagle okazuje się, że jej odbicie w lustrze znika. Zdenerwowana i rozpatrzona królowa oskarża podwładnych o kradzież swojego odbicia (Facebookowi też się dostało) i zaczyna go szukać. Niestety poszukiwania nie trwają długo, gdyż królowa sędzia ma do rozstrzygnięcia cztery spory… i tu zaczynają się cztery historyjki, co lepiej wcale nie nowe, wszystkie stare jak świat. Pierwsza opowiada o zającu, który nie może pogodzić się przegraną w wyścigu z żółwiem. Zrozpaczony szarak pisze list do królowej, w którym uważa, że przegrał niesprawiedliwie i  prosi o unieważnienie wyścigu. W drugiej historyjce widzimy Mysz, która użala się Królowej, że Lew uważa ja za zwierzątko nic nie warte. W trzeciej poznajemy Kruka, który oskarża lisa o kradzież sera, a w ostatniej czwartej historyjce poznajemy dwie kozy, które zwadziły się ze sobą na wąskim moście, która ma przejść pierwsza. Każdej z opowiedzianych bajek towarzyszy morał, który wygłaszany jako werdykt przez królową sędzią, powoduje, że w lusterku może zobaczyć co raz więcej swojej twarzy. Gdy kończy już swoja pracę i rozstrzyga wszystkie spory pomiędzy zwierzętami, jej odbicie w lusterku ukazuje się w całości. Dla mnie to nie były cztery baśnie i królowa, a raczej pięć baśni, gdzie te cztery stanowiły całość tej piątej. Morał piątej baśni jest prosty – warto słuchać i pomagać innym, a nie widzieć tylko koniec własnego nosa.

Muszę się przyznać, że podczas trwania spektaklu miałam pewne obawy co do młodego widza. Mianowicie spektakl odbywał się w języku angielskim, był wprawdzie tłumacz ale nie tłumaczył wiernie dialogów tylko pojedyncze zdania i wyrazy.  Jakże ogromne było moje zdziwienie, kiedy Ruti ze sceny zadawała pytania do zgromadzonej publiczności ( pytania nie były tłumaczone), a dzieci odpowiadały jej „tak” lub „nie”. Za każdym razem udzielając poprawnej odpowiedzi. A jak mysz potrzebowała pomocy, to również obyło się bez tłumacza, od razu bowiem zgłosiła się dziewczynka lat 6 pomocy udzielając. Od razu nasunęły mi się pytania: czy dzieci tak dobrze znały język, że bez żadnych przeszkód czy oporów dawały poprawne odpowiedzi? Czy też spektakl był tak wspaniale skonstruowany i prowadzony, że był oczywisty i zrozumiały?

Ruti Tamir kobieta, człowiek orkiestra grając i wcielając się w te wszystkie postacie, nie potrzebowała nie wiadomo ilu rekwizytów czy kostiumów. Będąc cały czas na scenie, ani razu nie musiałam się domyślać w kogo się wcieliła, ani o co chodzi. Wszystkie postacie przez nią zagrane były czytelne i dopracowane precyzyjnie. Tu nie miał prawa wkraść się żaden błąd. Nic dziwnego, że w 2013 roku przedstawienie zdobyło nagrodę Związku Zawodowego Aktorów E.M.I. w kategorii najlepsza aktorka. Jakby dziś przyszło mi głosować, bez wahania zagłosowałabym na Ruti Tamir. A tym, którzy nie mieli okazji zobaczyć tego fenomenu podczas XIX Festiwalu Korczak dla dzieci i młodzieży, nic innego nie pozostaje jak zafundować sobie wycieczkę do Izraela.

Magdalena Pauk

Ruti Tamir Theater and Mime Theater (Izrael)
www.rutitamir.com
Autor, reżyseria, obsada: Ruti Tami
Narrator: Bobby Lax
Scenografia: Yuval Kedem/Galileo
Kostiumy: Michal Sagie
Muzyka: Alberto Shwartz
Asystent: Pnina Grey


10.10.2015

PRAGNIENIE...

Czy nosorożec może być pechowy? Czy nosorożec może mieć marzenia? Na te i inne pytania, uzyskacie odpowiedzi oglądając spektakl „Kto z was chciałby rozweselić pechowego nosorożca?” w teatrze Rampa na Targówku prezentowany w ramach XIX Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK. Bajka przypadnie do gustu pewnie niejednemu małemu widzowi (dużemu też) głównie za sprawą przemiłego wszędobylskiego wróbla o wspaniałym głosie (w tej roli Dorota Osińska). Ten mały niepozorny wróbelek od samego początku podsyca atmosferę na widowni, nie pozwalając żadnemu małemu widzowi na bierne oglądanie spektaklu. Dzieci zachęcone przez ptaszynę chętnie biorą udział, odpowiadając na pytania, wykonując różne ćwiczenia, a wszystko po to żeby rozweselić pewnego ciapowatego nosorożca (tu „po warunkach” osadzony w roli Julian Mere). Ów ciapowaty „malutki” (tak nazywa nosorożca wróbel) ma bowiem jedno bardzo poważne strapienie, a raczej marzenie… jedno ogromne, mianowicie chciałby latać!!! Ale jak to zrobić, kiedy brakuje skrzydeł i jest się tak ciężkim, że przy siadaniu ziemia drży??? I tu wkracza do akcji wróbelek, który postanowił pomóc przyjacielowi spełnić to pragnienie. Pierwszym pomysłem, jaki przychodzi ptaszynie do główki jest pożyczenie „malutkiemu” swoich skrzydełek. Niestety zbyt małych, żeby uniosły nie lekkiego „małego”. Drugi wydaje się o wiele lepszy… wpadają na pomysł pożyczenia skrzydeł od samolotu (w tej roli Robert Tondera). Ale i ten pomysł okazuje się nie najlepszy. Wróbel jednak nie ma zamiaru się poddawać i chce jeszcze raz spróbować pomóc przyjacielowi w spełnieniu marzenia. Tym razem postanawiają sami zbudować skrzydła dla „malutkiego”, takie, które wytrzymają jego ciężar. Niestety i ten plan okazuje się wielką klapą. Zmartwiony i zrozpatrzony nosorożec, postanawia się poddać. I wtedy okazuje się, że nie zawsze wszystkie pragnienia da się spełnić dosłownie. „Kto chciałby rozweselić pechowego nosorożca?” jest spektaklem, który mówi o tym, że powinniśmy akceptować siebie, cieszyć się tym co mamy, przezwyciężać własne ograniczenia i co najważniejsze, nie przestawać marzyć. Starać się te marzenia urzeczywistniać na tyle, na ile to możliwe. Nosorożec główny bohater spektaklu, jest również bohaterem książki wybitnego pisarza i filozofa Leszka Kołakowskiego, który był inspiracją do powstania tego interaktywnego spektaklu. Jest jednak coś, co mnie w tym przedstawieniu bardzo uwiera, a mianowicie słowo „pechowy”. Czy Nosorożec, który ma marzenie nie do spełnienia, albo raczej do spełnienia nie dosłownie (bo przecież „malutkiemu” w końcu udaje się polecieć) jest pechowcem? Czy można nazwać kogoś pechowcem tylko dlatego, że tęskni do niemożliwego? Nie wydaje mi się…

Bardzo mnie cieszy, że Teatr Rampa wyszedł naprzeciw małemu widzowi i po spektaklu można wziąć udział w warsztatach filozoficznych dla dzieci. Warsztaty prowadzone są metodą Lipmana, bezpośrednio po spektaklu, przez Joannę Wągiel, filozofa z wykształcenia. W tych warsztatach wzięła dziś udział moja starsza córka Basia (lat 4). Nie chciała wprawdzie powiedzieć, co na nich robiła, ale na pytanie czy jej się podobały, odpowiedziała „bardzo”. 
Przed każdym spektaklem przemawia do publiczności reżyser spektaklu Cezary Domagała. Opowiada o filozofii, o warsztatach, jest więc ze szczególnym ukłonem w stronę widza. Ale czy młodego? Wspaniale, że reżyserowi chce się oswajać dziecko z tą trudną nauką, jaką jest filozofia, bo przecież o dziecko właśnie tu chodzi, żeby filozofowanie go nie znudziło i do teatru znów chciało przyjść. Ale czy na prezentowanym z okazji Festiwalu spektaklu, reżyser nie przemawiał aby do dorosłych? Młodemu widzowi nie trzeba „mniamniulkować”, ale nie można też nadwyrężać jego cierpliwości snuciem rozważań z jego rodzicami. Dziecko odbiera rzeczywistość inaczej i może warto w sobie odnaleźć trochę z dziecka...

Magdalena Pauk

Teatr Rampa (Warszawa)
www.teatr-rampa.pl
dyrektor naczelny teatru: Witold Olejarz
autor: Leszek Kołakowski
reżyseria, adaptacja, teksty piosenek: Cezary Domagała
scenografia: Bartosz Skoczkowski
kostiumy: Barbara Malinka
muzyka: Krystyna Kwiatkowska
aranżacje : Daniel Jabłoński
reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk
ruch sceniczny: Katarzyna Kostrzewa
obsada: Dorota Osińska, Julian Mere, Robert Tondera


9.10.2015

Z KWIATAMI DO KORCZAKA

Składanie kwiatów pod pomnikiem Korczaka nikogo nie dziwi. Warszawiacy przywykli już, że co roku obchodzimy w stolicy „Wielkie święto małego człowieka”. Ale zasypanie Korczaka kwiatami… może trochę dziwić.
W siódmym dniu XIX Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK 2015 Teatr Lalka, znów jak co roku, na chwilę zamienił się w kwiaciarnię, a festiwalowi współpracownicy w niezbyt znające się na biznesie kwiaciarki… W wazonach same słoneczniki, które… chętnie rozdawali dzieciom. Każdy młody widz, który pojawił się w teatrze, obdarowany złocistym słonecznikiem, symbolem Festiwalu, biegł do parku, gdzie stoi Korczak z gromadką dzieci. Nikomu nie przyszło jednak do głowy składanie kwiatów pod pomnikiem. Mali teatromani wspinali się i utykali słoneczniki wielkiemu pedagogowi w dłonie, pod pachami, wtykali w buty, w kieszenie płaszcza. Dopiero kiedy Korczak nie radził sobie już z naręczem kwiatów, rozczarowane dzieci zaczęły układać je u jego stóp.

Zuzanna Talar


10.10.2015

ZUPA DLA NOWOCZESNYCH

„Jak zostałam wiedźmą. Sztuka autobiograficzna dla dorosłych i dzieci”to błyskotliwa i pełna humoru opowieść Doroty Masłowskiej w reżyserii Agnieszki Glińskiej, która zaprosiła do pracy nad spektaklem najlepszych aktorów Teatru Studio oraz muzyka Wojciecha Waglewskiego, którego Państwu nie trzeba przedstawiać.
Masłowska żartobliwie, ale bezwzględnie i trafnie punktuje nasze zagubienie w świecie, który sami sobie stworzyliśmy. Współczesny człowiek bezrefleksyjnie oglądający przerywany reklamami film, kochający nibypromocje, nabierający się na pseudookazje, łasy na “specjalnie dla ciebie”, ściąga na siebie akwizytorów, telemarketingowców i wskakuje do samonapędzającej się machiny konsumpcji. Autorka wytyka prześciganie się w dążeniach do zdobywania, posiadania, gromadzenia i uświadamia nam, z jaką łatwością poświęcamy przy tym własne dzieci, rzucając je na pożarcie gadżetomanii i wirtualnej rzeczywistości, by tylko pozwoliły nam na to wszystko zapracować.

W takim świecie nie potrafi odnaleźć się nawet wiedźma, która zawsze zwykła zdobywać niegrzeczne dzieci, by ugotować sobie z nich zupę. A tu współczesne dziecko samo wchodzi jej do gara i zgadza się na pożarcie, jeśli tylko będzie wpierw mogło zagrać w kurczaki na jej tablecie…

Widowisko pełne błyskotek, confetti i fajerwerków zachwyca młodego widza, ale ważne, by te świecidełka nie przyćmiły prawdziwego problemu, który czai się za lekką i dowcipną formą... Spektakl na pewno jest dla rodziców świetnym pretekstem do rozmowy z latoroślą o tym, co w życiu naprawdę ważne – mieć, czy być i kim stalibyśmy się, gdy nie mieć tego, co mamy... A że dedykowany nie tylko młodym teatromanom, dorośli widzowie znajdą w nim wiele do takich rozważań powodów.
Wiedźma, która bezustannie ma do czynienia z mini konsumentami dzisiejszej rzeczywistości, natrafia w końcu (uf, jest dla nas ludzi jeszcze jakaś nadzieja) na podejrzanie inną, małą outsiderkę. Zamiast komórki ma konika na biegunach, nie lubi gier komputerowych, ale wszystkich zamęcza planszową grą w Monopol. Już wiadomo, że zupy z tej małej nie będzie, ale zawsze można ugotować ją z… kolegi. Mała bohaterka ma więc przyprowadzić niegrzecznego chłopca, który będzie najlepszym wsadem do zupy. Czarownica traktuje dziewczynkę sprayem z “Podmianą Myśli”, który bałagani w jej głowie i wywraca do góry nogami misternie układany przez rodziców system wartości. Ale spray, jak wszystkie spraye z Chin, działa przez chwilę i sprawy szybko przyjmują nieoczekiwany kierunek. Pewnie to zasługa mamy i taty, którzy jak sądzę nieraz już zagrali z małą w Monopol, a przy okazji dobrze poukładali jej w głowie...

Zuzanna Talar  

„Jak zostałam wiedźmą”
Teatr Studio
autor: Dorota Masłowska
reżyser: Agnieszka Glińska
scenografia i kostiumy: Agnieszka Zawadowska
muzyka: Wojciech Waglewski
światło: Dariusz Zabiegałowski
projekcje: Antonina Benedek, Franek Przybylski
obsada: Monika Krzywkowska, Dorota Landowska, Monika Obara, Dominika Ostałowska, Kinga Preis, Marcin Bosak, Marcin Januszkiewicz, Modest Ruciński, Łukasz Simlat, Paweł Wawrzecki, Mirosław Zbrojewicz


9.10.2015

TEATR LALKA BANKRUTUJE

Podejmowanie dorosłych decyzji, nie oznacza bycia dorosłym, a bycie dorosłym nie oznacza podejmowania dorosłych decyzji… Janusz Korczak przypomniał o tym “Bankructwem małego Dżeka”, historią pewnego chłopca w Ameryce sprzed wielu lat. Ale mały Dżek wcale nie jest mały, tylko to, co robi zarezerwowane jest dla świata dorosłych. Tu Dżek jest jeszcze dzieckiem...

Robert Bolesto adaptując utwór do naszych czasów, zorganizował Dżekowi życie we współczesności zza oceanu, ale to wyreżyserowane przez Łukasza Kosa życie jest nam boleśnie bliskie. Zajęty pracą tata, który do domu wraca na kielicha, agresja w szkole, samotność dziecka, które widzi i rozumie… Dżek trzecioklasista, trochę outsider, trochę dojrzalszy od rówieśników, chce czegoś więcej niż zaczepek, szczeniackich żartów, tumiwisizmu. Marzy, by zająć głowę czymś szczególnym, być gdzie indziej… w innej rzeczywistości. Dzięki pieniądzom podarowanym przez dziadka ucieka od “tu i teraz”, tworzy portal społecznościowy, budząc do działania coraz większą grupę zagubionych w swym nic nie robieniu nastolatków. Każdy chce być współtwórcą tego przedsięwzięcia, każdy chce być uczestnikiem tak niebanalnego i skomplikowanego w realizacji pomysłu na codzienność.

Smak samodzielności to i smak odpowiedzialności, a odpowiedzialność niesie z sobą ryzyko łez. Bezwzględna machina zarabiania próbuje zmiażdżyć prostuduszność i naiwność chłopca, szybko dosięga go łapa biznesu. Tu nikt nie dostrzega młodzieńczego zapału, tu liczy się pieniądz, nie człowiek. Mały Dżek zostaje sam ze swoimi wielkimi pragnieniami, niweczonymi przez “stare wygi” i pożyczki, które okazały się dziurawą trampoliną.

W przedstawieniu dorosłych grają dorośli, nastolatków lalki Karela Czecha o twarzach animujących je aktorów. Artyści nie skrywają się za czarnym strojem, ubrani przez Joannę Niemirską niemal jak ich podopieczni, nie schodzą na drugi plan, lecz istnieją i idą krok w krok za dzieciakami. W końcu to, co one robią jest absolutnie odpowiedzialne i dorosłe, jak te postaci w tle… W tle dynamicznie zmieniającej się scenografii Pawła Walickiego pełnej videoświecidełek Arety Puchalskiej, które wprawiały w entuzjastyczny zachwyt pełną przyszłych małych Dżeków widownię.

Spektakl niezwykle ważny. Dotyka rodziny, nie przemilczając jej problemów i słabości, przygląda się relacjom młodych ludzi będących w tak bliskim układzie i, jakim jest klasa i jednocześnie tak odmiennych, z różnych środowisk, z różnymi aspiracjami, z różnymi marzeniami. Porusza nieodłączny w dzisiejszym świecie problem pieniądza - niezależności ekonomicznej i ponoszenia finansowych konsekwencji swoich decyzji.

Przedstawienie podczas premiery dedykowane 8 latkom, przekwalifikowane na spektakl odpowiedni dla dzieci 10 letnich. Dobrze, że dostrzeżono taką potrzebę, bo choć najmłodsi widzowie z otwartą buzią oglądali sceny tworzenia portalu, a z agresją, alkoholem i bolączkami dorosłych obcuje się w każdym wieku, sposób opowiedzenia tego dzieciom powinien być inny od opowieści dla młodzieży.

Ze względu na poruszane w przedstawieniu problemy, twórcy mieli chęć stworzenia warsztatów dla młodych widzów, by po spektaklu wspólnie przedyskutować dotykane w przedstawieniu sprawy, niestety pomysł ten, jak i pomysł Dżeka przegrał z pieniędzmi, których zabrakło...

Zuzanna Talar

“Bankructwo małego Dżeka”
Autor: Janusz Korczak, Robert Bolesto
Konsultacje: Wojciech Orliński
Reżyseria: Łukasz Kos
Scenografia: Paweł Walicki
Kostiumy: Joanna Niemirska
Muzyka Wiktor Stokowski
Ruch sceniczny: Jarosław Staniek
Video: Areta Puchalska
Reżyseria: świateł Bary
Głowy lalek: Karel Czech
Asystent reżysera: Mirosława Płońska-Bartsch
Obsada: Monika Babula, Michał Burbo, Beata Duda-Perzyna, Grzegorz Feluś, Roman Holc, Aneta Harasimczuk, Aneta Jucejko-Pałęcka, Mariusz Laskowski, Agnieszka Mazurek, Tomasz Mazurek, Wojciech Pałęcki, Andrzej Perzyna, Mirosława Płońska-Bartsch, Wojciech Słupiński, Piotr Tworek


8.10.2015

PRZYSZŁA BAŚŃ DO SĄDU

Scena sądem, widownia ławą przysięgłych? A dlaczego by nie? Z Mime Theater z Izraela przyjechały„Cztery baśnie i królowa” i królowa dziś wydaje wyroki. W sądzie tłoczno, gwarno, pokrzywdzeni wygrażając winowajcom, żądają ostatecznego potwierdzenia swoich racji. Każdy chce wskazać światu palcem, że to właśnie on w swej baśni padł ofiarą niesprawiedliwości. Królowej jakże trudno zagłębiać się w swary zwierząt, kiedy w lusterku - nieodłącznym królewskim atrybucie, bez żadnego ostrzeżenia straciło się jej odbicie...

Zwierzęta uparte jak dzieci i bezkompromisowe w egzekwowaniu swojego prawa do osądzenia w świetle prawa, nie odpuszczają rozpaczliwie pochłoniętej poszukaniem swojego wizerunku królowej. Jednak, jak większość dorosłych i ona dla świętego spokoju poddaje się, łaskawie zgadzając przyjrzeć każdej z tych opowieści... Rozpoczyna się przepyszne widowisko przepoczwarzania, wchodzenia w co róż inną skórę, widowisko pantomimy w najlepszej odsłonie... Gdy jeszcze dodać, że aktorka do dyspozycji ma perukę królowej (i lusterko oczywiście), a za całą resztę wystarcza jej biały bieliźniany komplecik i... jej ciało, wyłania się niezaprzeczalny, godny prawdziwego uznania aktorski kunszt...

Nadpobudliwy zając nerwowo poprawiając uszy z rąk, pociąga do odpowiedzialności za przegrany bieg flegmatycznego żółwia (żółwiowej miny nie zapomnę do końca życia), urażony kruk machający pióropuszem z dłoni cały w pretensjach do szczerzącego się w lisim jestestwie lisa o kawałek sera, neurotyczna myszka o tak gryzoniowatej mimice, że jeśli ktoś myszy się boi, dobrze, że na spektakl nie dotarł, więc ta mała myszka przywleka do sądu napuszonego lwa o przesadzonym poczuciu własnej wartości, by udowodnić mu bezgraniczne zadufanie, a na deser – prawdziwa wisienka na torcie – dwie kozy, które łączy tylko jedno – wąski mostek i obie jak koza uparte. I to może nic szczególnego, gdyby nie fakt, że wszystkie te dziewięć postaci gra jedna Ruti Tamir.

Plastyczność i wirtuozeria, z jaką artystka dwoi się - a żeby być w zgodzie z prawdą – troi, by dać swą twarz znudzonej królowej, a giętkie ciało relacjonującym swe wersje zwierzętom, godna jest największego podziwu. Skupioną na swoim osobistym nieszczęściu królową próbują zainteresować swoja sprawą wszak same przeciwieństwa - uosobienia niezdrowego pobudzenia i leniwego tumiwisizmu, naiwności i sprytu, wycofania i egocentryzmu, niepoprawnego optymizmu i malkontenctwa... Tymczasem dla królowej pojawia się nadzieja - za każdym bowiem razem, gdy przestaje się skupiać na sobie i pochyla nad problemami zwierząt, serwując na koniec każdej baśni  morał - werdykt, zaczyna powracać jej odbicie...

Mądra przypowieść o umiejętności rezygnacji z siebie i dostrzeganiu innych wokół, podana w urokliwej, zachwycającej formie. Sztuka najwyższych lotów, pantomima w najlepszym wydaniu, z której wyłania się wielka miłość do teatru i wielki szacunek dla młodego widza. Czuję się wyróżniona, że mogłam uczestniczyć w tym spektaklu.

P.S. Mimo, że prowadzący nas przez przedstawienie narrator i Ruti Tamir posługiwali się językiem angielskim (artystka nauczyła się co prawda kilku słów w naszym trudnym języku, ale tłumacz na jej życzenie zajął się tylko najistotniejszymi, spinającymi przesłanie spektaklu myślami) na moje pytanie do młodych widzów - kto wie, o czym był spektakl - uniósł się las rąk. Ach ta mowa ciała!!!

Zuzanna Talar

“Cztery baśnie i królowa” Ruti Tamir Theater and Mime Theater (Izrael)
www.rutitamir.com
dyrektor teatru, autor, reżyser, obsada: Ruti Tamir
narrator: Bobby Lax
scenografia: Yuval Kedem
kostiumy: Michal Sagie
muzyka: Alberto Shwartz
asystent reżysera: Pnina Gery
tłumaczenie: Ruti Tamir, Rami Ofer

8.10.2015

Teatr FORUM – warsztaty dramowe

Na wstępie atrakcji siódmego dnia festiwalu miałam przyjemność uczestniczyć jako obserwatorka w warsztatach Teatru FORUM. To wspólne przedsięwzięcie Fundacji Edukacji i Kultury DRAMA WAY i Szkoły Aktorskiej Haliny i Jana Machulskich przy Polskim Ośrodku ASSITEJ. W kameralnej przestrzeni Sceny Pracownia Teatru Powszechnego grupa licealistów wzięła udział w interaktywnym wydarzeniu.

Po krótkiej rozgrzewce prowadzonej przez Marię Deptę-Jędrzejczak, animatorkę wydarzenia, obejrzeliśmy krótki, surowy, ale wciągający spektakl w wykonaniu absolwentów i studentów Szkoły Machulskich, opowiadający epizod z życia piętnastoletniej Agaty. Dziewczyna wychowywana samotnie przez matkę, mierzy się z trudami aklimatyzacji w nowym środowisku. Po przeprowadzce trafia do nieznanej klasy i próbuje nawiązać relacje z rówieśnikami i nauczycielami. Nie jest to łatwe – narażona na przykrości i niesprawiedliwe traktowanie, jedynie sama sobie może pomóc wyjść obronną ręką z niekomfortowej sytuacji.

Metoda dramy jest genialnym narzędziem analizy ludzkich zachowań i ćwiczenia świadomych reakcji w trudnych życiowych okolicznościach. Warsztaty dodatkowo rozwijają umiejętność improwizacji, dają przestrzeń dla swobodnej kreacji przy użyciu niewymagających środków (wystarczy grupa ludzi i kawałek przestrzeni). Na czym polega proces? Po krótkim komentarzu aktorzy grają spektakl ponownie, a każdy z widzów ma prawo do interwencji. Mówiąc „stop!” może przerwać akcję i zaproponować alternatywne rozwiązanie sytuacji, wcielając się w rolę głównej bohaterki. W ten sposób powstaje kilka wariantów każdej sceny, a prowadzona równolegle dyskusja pomaga wypracować najkorzystniejsze dla Agaty rozwiązania.

Spotkania dramowe mają intymny charakter, wymagają zaufania wszystkich uczestniczących w nich osób. Praca pod przymusem lub w poczuciu wzajemnego skrępowania ma ograniczony sens. Postawa otwarta na wyzwania, odwaga próbowania sił w teatralnych okolicznościach daje znakomite efekty. Uodparnia na presję jaką każdy z nas odczuwa w wielu życiowych sytuacjach, pozwala wypracować mechanizmy działania właściwe dla wolnego, świadomego swojego systemu wartości człowieka. Mam nadzieję, że podobne doświadczenie, przynajmniej w jakimś stopniu było udziałem uczestników dzisiejszych warsztatów.

Magdalena Foks


6.10.2015

BARDZO SYMBOLICZNE

Z Moskwy do Warszawy przyjechało dwóch panów – szarobury pesymista, ze skłonnością do obrażania się i pstrokaty miłośnik klaunady, wygłupów i grubymi nićmi szytych dowcipów. Ponoć bracia - często tak właśnie w życiu bywa. I dzięki jakże przekonującej  mowie ciała, dali nam do myślenia... Wystarczyło pół godziny, żeby przeprowadzili studium przypadku i wygłosili - odrzucając słowa - wykład o relacji dla człowieka najważniejszej. Najmłodsi festiwalowi widzowie, siedząc na kolorowych klockach wprost na scenie dostali niezwykle symboliczną lekcję o... przyjaźni. Zabawną i piękną zarazem.

Wydawać by się mogło, że na deskach niewiele się dzieje, a w rzeczywistości zdarzyły się sprawy dla nas ludzi najważniejsze. Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że artyści tylko prowokują, podpowiadają małym widzom obrazy, które dalej dopowiada im ich nieograniczona wyobraźnia. Sama złapałam się na tym, że o przyjaźni tych dwóch wiem o wiele więcej, niż mi pokazują... Jakże symbolicznie zabrzmiało wymienienie się sercem, żeby zaraz wymieniać się nogą, jelitami ( zabawne podawanie sobie niezliczonych metrów tych ostatnich, a zaraz chwila konsternacji, kiedy przyjaciel, jak oddaje, to wszystko, pupę też). Potem już tylko zachwyt i radość z patrzenia na świat jego oczyma... Wielki to krok do empatii...

Przyjaźń to rzecz jasna obrażanie się, spieranie, kłócenie na bezpiecznym, przyjacielskim gruncie, ale co za tym idzie, też szacunek dla drugiego człowieka, niełaszenie się na jego prostolinijność, czy dobroduszność, nie wykorzystywanie jego słabości. Na potwierdzenie tego równie urokliwa scena – pstrokatego boli, przejęty szarobury zarzuca na plecy krzesło, na krzesło zarzuca pstrokatego i wiezie na sygnale... tymczasem rozpostarty wygodnie pstrokaty oddaje się rechotliwej lekturze...
Prawdziwa przyjaźń to również wspólne zmienianie się, starzenie i cierpliwe tego przyjmowanie. Bo pory roku przemijają, lata uciekają, dzieci się rodzą, rosną, a prawdziwa przyjaźń pozostaje. Na teatralnych deskach ewaluowała przy wygrywanej na instrumencie o wdzięcznej nazwie Drim-Dram melodii. Dla ciekawskich - metalowy ni to bębenek, ni cymbałki, choć wydaje się to niemożliwe – po prostu dwa w jednym.

Po spektaklu dzieci pouciekały ze swoich klocków, żeby znaleźć się jeszcze bliżej świata pstrokatego i szaroburego. Nie podarowały im jazdy krzesło – karetką, kazały robić burzę z blachy i spryskiwacza do roślin, ale... pomogły też pozbierać całe garście stanowiących scenografię kamyczków. Te młodsze zazdrośnie wyjmowały z rąk akompaniującej Olgi Sidorkevich pałeczki i muzykowały bez skrępowania.

Autor i reżyser spektaklu Antonio Catalano (grający również jednego z braci) adresatem przedstawienia uczynił już roczne maluchy. I takie również poza wdzięczną grupką czterolatków z przedszkola zostały przyprowadzone przez swoje mamy. Ja jednak wysłałabym je na razie na spektakl dla najnajów, do których „Bardzo kruche” w moim odczuciu się nie zalicza. Tak małe dzieci nie poradzą sobie nie tylko z symboliką tego przedstawienia, ale nawet jego treścią. Ja do udziału w tej przygodzie zaprosiłabym 3 - 4 latki i ich niewiele starsze rodzeństwo.

Zuzanna Talar

„Bardzo kruche” Teatrium na Serpukhovka (Rosja)/Casa degli Alfieri Societa (Włochy)
www.durova.ru
dyrektor teatru: Teresa Durova
autor, reżyser, muzyka, światło: Antonio Catalano
akompaniament: Olga Sidorkevich
scenografia: warsztaty "Teatrium na Serpukhovka n / p Teresa Durova"
kurator: Teresa Durova, Marina Raikin
obsada: Nikolai Zverev, zasłużony artysta rosyjski Rafael Nagjaf - Zade


5.10.2015

PONADCZASOWOŚĆ

Kto nie zna Plastusiowego Pamiętnika??? Chyba nie znam takiej osoby… Plastuś przesympatyczna postać z Tosinego piórnika, urokliwy plastelinowy stworek z dużymi uszami bawił dzieci podczas XIX Międzynarodowego Festiwalu Teatrów dla Dzieci i Młodzieży -  Korczak w Warszawie. Nie tylko najmłodszych zachwycił wyreżyserowany przez Lenę Frankiewicz spektakl z Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Plastelinowy czerwony ludek w zielonych gatkach, porwał też i starszą publiczność, chociaż to najmłodsi brali „żywy” i bardzo ekspansywny udział podczas całego przedstawienia.  Można by pomyśleć, że Plastusiowy Pamiętnik nie bardzo pasuje to obecnych czasów – ery komputera i tabletu. Jednak oglądając razem z dziećmi ten spektakl muszę przyznać, że byłam mile zaskoczona reakcją najmłodszych na plastelinowego ludzika z drewnianego piórnika, który ma ponad osiemdziesiąt lat. Siedząc w ostatnim rzędzie nie raz łapałam się na tym, że razem z młodą publicznością miałam ochotę wyrwać się na widowni i odpowiadać na zadawane przez Plastusia pytania. A gdy przyjaciele z piórnika bawili się w chowanego, to ja również pomagałam plastelinowemu ludkowi w szukaniu współlokatorów. Przeżywałam „pogryzienie” Tosinego ołówka przez koleżankę z ławki - Zosię oraz znęcanie się nad Plastusiem przez chuligana ze starszej klasy (jak Plastuś stracił nogę, to byłam gotowa sama wlać chłopakowi). Co by nie pisać, bawiłam się nie gorzej niż dzieci, które przyszły obejrzeć spektakl. Muszę przyznać, że choć to oderwany od dzisiejszej rzeczywistości spektakl (drewniany piórnik i nietypowe, jak na dzisiejszy czas przybory szkolne), to jedno jest jak najbardziej na czasie, a mianowicie RZYJAŹŃ. Tosiny piórnik to nie tylko kulfoniasty fajtłapowaty plastelinowy ludek (fantastyczna Magdalena Łaska), to cała plejada przeróżnych osobowości mieszkających w drewnianym pudełku (wspaniałe aktorskie trio: Alicja Mozga, Artur Krajewski i Jakub Ulewicz), mamy tu więc: grubą Gumkę Myszkę, Ołówek, Scyzoryk i wieczne Pióro. Plastuś to wcielenie optymistycznego marzyciela, nieco nieporadnego i zagubionego. Przeciwwagą dla tego rozbrajająco sympatycznego ludka są jego współlokatorzy, którzy bywają uszczypliwi, rywalizujący i spierający się ze sobą w zabawny sposób. Ten spektakl o prawdziwej przyjaźni i o tym co się wydarzyło w Tosinym piórniku… wcale nie trąci myszką. Polecam wszystkim, którzy nie zdążyli „Plastusiowego pamiętnika” zobaczyć w trzecim dniu XIX Międzynarodowego Festiwali Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK do wycieczki do Teatru Polskiego w Bydgoszczy! Ja już zapowiedziałam swojej córce, że czeka nas wycieczka…

Magdalena Pauk

„Plastusiowy Pamiętnik” Teatr Polski w Bydgoszczy
www.teatrpolski.pl
dyrektor teatru: Paweł Wodziński
autor: Maria Kownacka
reżyseria: Lena Frankiewicz
scenografia i kostiumy: Melania Muras
muzyka: Marek Napiórkowski
animacje: Natalia Bucior
asystentka scenografa: Marta Sidrów
obsada: Magdalena Łaska, Alicja Mozga/Małgorzata Trofimiuk, Artur Krajewski, Jakub Ulewicz, ze specjalnym udziałem Karoliny Adamczyk jako Zosi (materiał video)
konsultant dziecięcy: Mikołaj Frankiewicz


5.10.2015

. . .

Mimo że Kryjówka ma wszystkie cechy spektaklu teatralnego, trudno ją komentować. Nie dlatego, że nie mam pomysłu. Brak mi raczej śmiałości. Boję się, żeby niezgrabnym słowem nie zawłaszczyć cudzej historii. Lękam się, żeby nie powiedzieć zbyt dużo widzom, którzy w przyszłości będą mieli okazję uczestniczyć w tym zjawisku. Zjawisko, wydarzenie, spotkanie – tak, to zdecydowanie lepsze słowa niż „spektakl”.

Atmosfera. Ciemność – biały prostokąt ekranu. Ciasne przejście. Przestrzeń klaustrofobiczna, a jednocześnie przytulna, bliska, ciepła i bezpieczna. Wełniana pajęczyna. Resztki wystroju mieszczańskiego saloniku – kilka porcelanowych lalek, lampki ze skórzanymi abażurami, zdekompletowane drewniane krzesła. Światło letniego poranka przeciskające się przez każdą szparę zapadniętego stropu. Smugi blasku i kurzu.

Tytułowa „kryjówka” to hasło łączące historie Żydów, którzy przeżyli II wojnę światową pozostając długie miesiące w ukryciu, w ekstremalnie trudnych warunkach, stając się mistrzami kamuflażu. Paweł Passini, reżyser i Patrycja Dołowy, autorka spotkania dzielą się z widzami swoimi historiami. Opowiadają epizod z życia ciotki Passiniego ocalonej przez legendarną aktorkę, Irenę Solską. Historia Solskiej i ocalonych przez nią dziewcząt żydowskich jest w genialny sposób opowiedziana słowami Wesela, w którym aktorka zagrała znakomitą rolę Racheli. Frazy Wyspiańskiego płyną jako wybitnie trafny komentarz okupacyjnej sytuacji. To kawałek teatru zatopiony w zjawisku, którego jesteśmy świadkami. Zbiorowa organiczna rola czterech aktorek lubelskiego neTTheatre uobecnia miniony czas. Artystycznie przetworzone wydarzenia mają dotkliwość prawdziwej, szczerej głęboko przeżytej emocji.

Zastanawiam się, czemu Kryjówka tak chwyta za serce. Przecież już tyle razy słyszeliśmy wojenne historie, a chyba nie jest to kwestia dziwnej ekscytacji pomieszanej z żarliwym potępieniem, jaką odczuwa się słuchając o ludzkim okrucieństwie. Dołowy, Passini przytaczają żydowskie opowieści naturalnie, bez patosu i wartościowania, nie moralizują, nie obwiniają, mówią po prostu, a narracja powoli nasyca się prawdą. Nie wspominają ofiar, tylko osoby, które znalazły się w pewnej życiowej sytuacji, a potem musiały wrócić do normalnego życia. „Normalne” życie starały się chronić wyrzucając z niego trudny wojenny czas. I choć milczenie, ukrywanie prawdy budzi w nas sprzeciw („chcę wiedzieć, dlaczego!”), to prawdziwym dreszczem przejmuje pointa jednej z opowiadanych anegdot, której bohaterki, matka i babka Passiniego ocierają się o śmierć, a widzowie słuchając w napięciu drżą o ich życie. „Przeżyły – w końcu jestem tu dziś przecież” - konstatuje reżyser. Dla ilu z nas to doświadczenie jest bliskie?

Magdalena Foks

„The HIDEOUT / Kryjówka"Centrum Kultury w Lublinie / neTTheatre - Teatr w Sieci Powiązań (Lublin)
www.nettheatre.com.pl
dyrektor Centrum Kultury w Lublinie: Aleksander Szpecht
autor: Patrycja Dołowy
dyrektor teatru: Paweł Passini
koordynator pracy artystycznej: Łukasz Wójtowicz
scenografia: Zuzanna Srebrna         
oprawa muzyczna: Paweł Passini / Daniel Moński / Joanna Kaczmarek
kostiumy: El Bruzda
światło: Marcin „Kabat” Kowalczuk
wizualizacje: Maria Porzyc  
obsada: Patrycja Dołowy, Katarzyna Tadeusz, Judyta Turan, Beata Passini, Joanna Kaczmarek, Daniel Moński, Maria Porzyc, Paweł Passini


5.10.2015

INNA SPOD PODŁOGI HISTORIA

Nie należy ferować wyroków, ale spodziewam się, że „Kryjówka” zrealizowana przez netTheatere Centrum Kultury w Lublinie to najważniejszy spektakl tego festiwalu... Przez dwie godziny wraz z autorką Patrycją Dołowy, reżyserem Pawłem Passinim i kilkoma aktorkami byłam schowaną pod podłogą Żydówką. Wchodziliśmy tam grupkami, zmuszani przez młodą dziewczynę do opuszczenia na prędce skleconego kina, gdzie autorka opisywała moment rodzenia się pomysł na spektakl. Za jej plecami pojawiały się obrazki zakopywania fotografii Żydów w zakątkach byłego getta. Dziewczyna wędrowała pomiędzy nami i wybierała przypadkowe osoby, którym nie pozwalała wysłuchać opowieści do końca i prowadziła do ukrytej za kurtyną i ciemnością rzeczywistości. Bardzo nie chciałam, żeby za szybko mnie wzięła, chciałam słuchać, chciałam zostać po tej stronie jak najdłużej... Ale czy już kiedyś ktoś obcy za kogoś nie decydował? Ja i jeszcze kilkoro mieliśmy szczęście, mogliśmy wysłuchać historii końca. Autorka zgasiła lampkę i  razem poszliśmy na drugą stronę.. Przekraczając granicę kurtyny trzeba zgiąć się wpół i lawirować pomiędzy deskami, starymi meblami i oplatającą wszystko niczym pajęczyna włóczką. Światło wpada przez dziury w kartonach, niczym spomiędzy szpar w drewnianej podłodze, czuć niemal zapach zbutwiałych desek, niemal słychać ich skrzypienie. Ledwie się mieścimy, a artyści zwykle grają ten spektakl w domu reżysera, gdzie wiele ciaśniej, niż w warunkach przeorganizowanej nie do poznania na potrzeby spektaklu sceny...

Rozbrzmiewa powtarzająca się fraza ostrzeżenia przeciwpożarowego, przychodzi niepewność, obawa, wszyscy w bezruchu, ciszy i tylko te nawracające, niczym wezwanie do wyjścia z ukrycia słowa, sytuacja przeciąga się nieznośnie, strach – a przecież to tylko ułamek TAMTEGO strachu, ICH strachu. Po spektaklu dowiaduję się, że to los potraktował nas widzów szczególnie serio, wytrącił z poczucia bezpieczeństwa, odebrał pewność, że przecież NAM nic nie grozi, że TU i TERAZ jesteśmy nietykalni... tego dramaturg nie przewidział... Alarm odwołany, my dalej w bezruchu, ciasno, ciemno, tylko te pasma światła spomiędzy dziur w kartonie, zaczyna robić się duszno, skryci wraz ze mną pod podłogą Żydzi muszą przetrwać, muszą zjeść, muszą uciszyć dziecko, muszą się gdzieś załatwić, muszą wytrzymać ten bezruch, nicość, ten bezmiar niczego w ukryciu, bezmiar niczego w przeczekiwaniu. Jedyne, co naprawdę mogą, to słuchać... Autorka i reżyser zaczynają opowiadać historie Żydów i Polaków, zupełnie tak, jak snuje się dziecku rodzinną historię, jak dzieli się ze znajomym przygodą znajomego – bez emocji, nienachalnie, inaczej, nie epatując martyrologią. To historie, w których jedni próbują przetrwać getto, idąc do transportu wpychają pod płaszcz obcej kobiety swoje dziecko, a drudzy przez szparę w podłodze wrzucają niepoobgryzane do końca kości, ukrywają kogoś w szafie i nigdy potem o tym nie wspominają – to  przecież sprawy, o których się nie mówi... I jak po nitce do kłębka, właśnie my zrządzeniem losu zostajemy obdarowani skrawkami ich osobistych historii. „Kryjówka” to spektakl – spotkanie, spektakl – opowieść, spektakl – świadectwo, w którym nie ma ról, jest czyjaś prawda. Artyści nie grają, a dzielą się historiami, w których i oni mają swój udział – SĄ, więc tym, którzy byli przed nimi, musiało się udać… ciotka reżysera, wuj autorki... dzięki Solskiej, dzięki dobremu Niemcowi... im się udało...

To spotkanie nie ma końca, widzowie powoli wykruszają się, gdy nie odnajdują już w sobie siły na dalsze opowieści. Artyści znają ich tyle, że wystarczą do ostatniego widza... Tym jednak razem niemal wszyscy zostali, chcieli słuchać jeszcze, chcieli wysłuchać wszystkiego, do końca... Musiało  paść wyszeptane: „Na dzisiaj już chyba wystarczy...”

Zuzanna Talar

„The HIDEOUT / Kryjówka"Centrum Kultury w Lublinie / neTTheatre - Teatr w Sieci Powiązań (Lublin)
www.nettheatre.com.pl
dyrektor Centrum Kultury w Lublinie: Aleksander Szpecht
autor: Patrycja Dołowy
dyrektor teatru: Paweł Passini
koordynator pracy artystycznej: Łukasz Wójtowicz
scenografia: Zuzanna Srebrna         
oprawa muzyczna: Paweł Passini / Daniel Moński / Joanna Kaczmarek
kostiumy: El Bruzda
światło: Marcin „Kabat” Kowalczuk
wizualizacje: Maria Porzyc  
obsada: Patrycja Dołowy, Katarzyna Tadeusz, Judyta Turan, Beata Passini, Joanna Kaczmarek, Daniel Moński, Maria Porzyc, Paweł Passini


4.10.2015

KSIĄŻKOWA ALICJA

Zabierając dziecko do teatru chcemy pokazać mu coś ważnego, sprowokować je do refleksji, chcemy skłonić je do poszukiwania odpowiedzi, a nieraz zadawania nowych pytań, kieruje nami chęć wyrabiania w nim potrzeby obcowania ze sztuką przez wielkie „S”, a czasem zabieramy dziecko do teatru dla przyjemności, dla funu... Sami także wybieramy przecież pomiędzy Czechowem, a satyrą. „Alicję w krainie czarów” Lewisa Carrolla w reżyserii Cezarego Domagały ogląda się, jak lekkie, łatwe i przyjemne kino familijne. Kino to nie przejęzyczenie, „Alicja” w Romie jest jak film, do którego zasiadają wszyscy domownicy, każdy może wyskoczyć do kuchni po dolewkę niebieskiego eliksiru, a kiedy zasiądzie z powrotem w fotelu (o ile nie będzie już zajęty przez jakieś sprytne dziecko) może dalej bez straty wątku śledzić filozofowanie szczerego kota, króliczo histeryczne poszukiwanie straconego czasu, herbatkę five o clock u trzech ekscentryków, albo partyjkę krokieta u królowej. O uszczerbek na opowieści nie trzeba się martwić, bo, jak to w teatrze muzycznym - piosenki i układy taneczne dopełniają całości w rytm wpadającej w ucho muzyki Tomasza Bajerskiego (a wpada w ucho nawet niemowlętom, które do „Alicji” jeszcze nie dorosły, ale na dźwięki puszczanej w samochodzie płyty ze spektaklu, podobno przestają płakać). Aktorzy tańczą również do Metallicy, Michaela Jacksona i innych wielkich, można by nawet wysnuć wniosek, że skoro Alicja słucha naszej muzyki, to może jest jakaś szansa, aby i nam przytrafiła się podobna, do tej po drugiej stronie lustra historia... W to gorąco wierzę, bo ile cudowności i cudaczności my dorośli mijamy codziennie niewzruszenie, może tylko dziecko powiedzieć... To widowisko w baśniowej scenografii i kostiumach Katarzyny Borkowskiej... niczym ze stron książki. Bo chyba dokładnie tak każda dziewczynka zagłębiając się w wypiekami na twarzy w fascynującą przygodę Alicji, może wyobrażać sobie jej zwiewną sukienkę, a każdy chłopiec po raz kolejny śledząc losy posłanych na ścięcie, wyobraża sobie grę flamingami i jeżami. To spektakl obrazów rozświetlanych dyskotekową kulą, tańczącymi po twarzach widzów reflektorami, mamiące światłem lasera, który nadzwyczaj przekonująco zastąpił kałużę alicjowych łez... Tymi efektami artyści zaskarbili sobie i zauroczyli swoich młodych widzów, syn, któremu staram się pokazywać większość festiwalowych propozycji, z wielkim uznaniem przyjmował widowiskowe rozwiązania. W moim odczuciu to nie tyle propozycja, co realizacja pozycji profesora matematyki z Oxfordu... To nie inscenizacja, jakiej w teatrze jeszcze nie widzieli, a wierny literaturze obraz. Aż żal, że „Alicja w krainie czarów” nie jest lekturą, bo dzieci dostałyby gotową na tacy, przepraszam, na scenie. Aż tyle i tylko tyle...
Różne są gatunki teatru dla młodego widza, różne młodych potrzeby, które nastrajają raz ku filozofowaniu, raz ku łatwej uciesze, każdy więc teatr jest potrzebny. Serwowanie dziecku wyłącznie wysublimowanych przedstawień, w obawie, że te pozostające jedynie źródłem frajdy, niosą na przyszłość niebezpieczeństwo poszukiwania wyłącznie łatwej, niewymagającej rozrywki, może skutecznie zniechęcić dziecko do zmuszających młodego widza do myślenia spektakli. Posłannictwo teatru dla młodego człowieka jest daleko bardziej istotne, niż nam się wydaje. Podejmując się twórczości teatralnej dla dziecka, nie tylko dajemy mu szansę zakosztowania sztuki na najwyższym poziomie i kształtujemy jego gust, ale mamy też okazję pokazać mu różne twarze kultury wyższej, również tą w ferii barw, błyskotek, zapadni, multimedialnego przechodzenia samego siebie... 
Brawa należą się Mai Kwiatkowskiej, którą w roli Alicji miałam okazję podziwiać (są bowiem cztery Alicje, które dzielnie rozkładają pomiędzy siebie trud łączenia aktorskiej harówki ze szkolnymi obowiązkami). Przyjęły na swoje barki dwugodzinny spektakl, ogrom tekstu i całe mnóstwo zwrotów akcji, jak to w Krainie Czarów a na pewno nie było łatwo, bo jak opowiadali na spotkaniu z widzami aktorzy, próby trwały tylko sześć tygodni. Na twarzy Mai dostrzegałam dzielnie skrywane oznaki zmęczenia... 

  
Zuzanna Talar

„Alicja w krainie czarów” Teatr Muzyczny Roma (Warszawa)
www.teatrroma.pl
dyrektor naczelny i artystyczny: Wojciech Kępczyński
autor: Lewis Carroll
przekład: Jolanta Kozak
reżyseria: Cezary Domagała
scenografia: Katarzyna Borkowska
muzyka: Tomasz Bajerski, Jakub Lubowicz
kostiumy: Katarzyna Borkowska
choreografia: Paulina Andrzejewska
przygotowanie wokalne: Lena Zuchniak
dźwięk: Mirosław Bestecki
światło: Damian Białorudzki
asystent scenografa: Paula Grocholska
obsada: Magda Kusa/Klaudia Borejko/Karolina Puerto Cardozo/Maja Kwiatkowska, Anna Sroka-Hryń/Karolina Michalik, Izabela Bujniewicz/Weronika Bochat, Monika Bestecka/Marta Wiejak, Wiktor Korzeniowski/Janusz Kruciński, Konrad Darocha/Paweł Strymiński, Grzegorz Pierczyński, Jacek Zawada


4.10.2015

DLACZEGO BROMBA JEST RÓŻOWA?

W pewnym sensie zaskakujące jest, że Bromba musiała otrzeć się o 40-tkę (pierwsze wydanie w roku 1975, teatralna premiera „Bromby w sieci” w roku 2014), by pojawić się na scenie. Maciej Wojtyszko, jej twórca, to w końcu reżyser, ba, dziekan Wydziału Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. Z drugiej jednak strony, fakt ten nie dziwi. W końcu zawsze z drżeniem myślimy o adaptacji kanonów literatury. Co więcej, „Bromba” wypełniona jest postaciami konkretnie wyobrażonymi, bo narysowanymi ręką tego samego autora. Tu wygląd postaci i jej cechy tworzą jakby nierozłączną całość.

Wyzwanie jednak zostało podjęte! Na scenie Teatru 6. Piętro pojawiła się Ona – Bromba w towarzystwie przyjaciół: Kajetana Chrumpsa, Pciucha oraz zakochanej pary: Malwinki i Fikandra. Postaci pojawiają się w żywym planie, delikatnie zaznaczone są ich cechy „osobnicze”: Bromba zamiast chusteczki na głowie nosi bluzę z kapturem z podszewką w białe grochy na granatowym tle, Fikander ma długie nie tyle uszy co nauszniki swojej czapki, Kajetan Chrumps w wydaniu scenicznym charakteryzuje się podobną do pierwowzoru elegancją, ale bez dosłowności.

Bohaterowie historii ruszają jednak w kolejną podróż – tym razem „transferują się” do rzeczywistości wirtualnej. Poznają, wraz z widzami, możliwości i zagrożenia związane z użytkowaniem komputera: złośliwe oprogramowanie, wirusy, wciągające gry. Po wielu perypetiach poznają także sprawcę informatycznego galimatiasu oraz dowiadują się, że inspiracją dla jego niecnych czynów była… stawiająca filozoficzne pytania na skraju matematyki, logiki i humanistyki myślicielka Bromba.
Filozofii nie mogło w spektaklu zabraknąć: pojawia się głównie w tekstach piosenek dźwięcznie i czysto wyśpiewanych przez szóstkę (łącznie z narratorką-babcią) aktorów. Warstwa muzyczna jest istotnym atutem spektaklu – choć w niektórych utworach harmonia daleka jest od łatwo wpadających w ucho współbrzmień, to świetnie nawiązuje do treści piosenki („trafiają się wyniki, które burzą sens logiki […] jeśli prawdą jest, że kłamię, fałszem jest poprzednie zdanie”). Scenografia nawiązuje natomiast do świata wirtualnego – funkcję zastawek pełni ściana z geometrycznymi wzorami nawiązującymi do budowy układów scalonych, których elementy – kubiki, wykorzystywane są np. jako siedzisko.

Wygląda na to, że Bromba i jej przyjaciele podbili serca najmłodszych – po spektaklu na sali panował entuzjazm: mikrofon wędrował między rzędami, a pytania nie ustawały. Młodzi widzowie pytali o wiek i upodobania kulinarne Bromby, chciały wiedzieć, czy umie gwizdać, pływać, latać, a nawet postanowiły sprawdzić, czy aktorzy przeczytali „Brombę i innych”. Na najtrudniejsze pytanie: „Dlaczego Bromba jest różowa?” próbował odpowiedzieć obecny na sali Maciej Wojtyszko. Niestety ponownie okazało się, że istnieją pewne kategorie pytań, na które ludzkość od tysiącleci bezskutecznie szuka odpowiedzi…

Urszula Bisek

„Bromba w sieci”
Teatr 6. Piętro (Warszawa)
reżyseria, tekst, piosenki: Maciej Wojtyszko
muzyka: Aldona Krasucka, Irina Blokhina
scenografia: Maciej Chojnacki
choreografia: Anna Iberszer
obsada: Paulina Komenda/Katarzyna Zawiślak-Dolny, Anna Kózka/Michalina Sosna/Klementyna Umer, Marysia Pawłowska/Barbara Kurdej-Szatan/Barbara Garstka, Łukasz Borkowski/Kamil Dominiak/Mateusz Weber, Krzysztof Broda-Żurawski/Mateusz Deskiewicz/Krzysztof Szczepaniak, Konrad Darocha/Artur Gotz/Krzysztof Żabka, Adam Zdrójkowski

3.10.2015

WSTRĘT, WSTYD, WZGARDA

Czy dwa odrębne światy mogą się spotkać? Czy może się spotkać świat kasy, mody, dobrych manier i sukcesu ze światem nieudaczników, którym ręce wiąże brak środków do życia, nękanych nałogami: ucieczką do świata marzeń? Owszem, może. Te światy spotykają się nieustannie: „lepszy świat” czyta „literaturę faktu”, reportaże „z prawdziwego życia”, „lepszy świat” wspaniałomyślnie dzieli się ze światem gorszym, „lepszy świat” może wyrazić zainteresowanie tym, jak żyje się w tym drugim świecie. Ale woli go oglądać  przez kraty, jak w zoo – by być bezpiecznym.

O kracie, której się nie podnosi ze strachu przed innością, opowiadają reżyserka Lena Frankiewicz wraz z artystami Teatru Powszechnego we współczesnym dramacie Magdy Fertacz „Iwona, księżniczka z Burbona”. Nie tylko tytuł nawiązuje do Gombrowiczowskiej „Iwony, księżniczki Burgunda” – i w warszawskiej inscenizacji mamy Iwonę, która jako wybranka syna pojawia się na „królewskim dworze”. Królewskim, bo… jego mieszkańcy chcą tak siebie postrzegać i być tak postrzegani przez innych. Przybywa tam z marzeniami… z którymi jednak szybko zmuszona jest się pożegnać.

Matka i Ojciec ze wstrętem odnoszą się do dziewczyny syna. Zarówno oni, jak i środowisko rówieśnicze Rafała stara się w jakiś sposób przyjąć Iwonę, a jednocześnie daje jej do zrozumienia, że jest nikim. Wzgarda dla Iwony jest zarysowana najmocniejszymi środkami, w tym za pomocą karykaturalnych wyzwisk, przylepiających się do Iwony i niedających szansy, by w osobie zobaczyć człowieka, a nie małpę, deskę czy siedlisko wesz.
Mocne środki to zresztą wyraz konsekwentnie stosowanej estetyki: przesady, wyolbrzymienia, wspinania się na szczyty obrzydliwości i pogardy. Bardzo dobre role stworzyli Eliza Borowska i Michał Sitarski: rodzice Rafała – choć pełni są zniesmaczenia – sami budzą niesmak. I choć uważają się za arystokratów, „chamieją” – gorzej – zwierzęcieją.

Chyba największe emocje budzą jednak kilku-, kilkunastoletni aktorzy odtwarzający rolę „biednych dzieci” (w języku polskim określenie to genialnie wyraża zarówno stan materialny, jak i współczucie będące wyrazem wyższości nad tymi, którym jest ono okazywane). Dzieci zawsze wnoszą ze sobą naturalność – i także na scenie teatru są one krzykiem prawdy przełamującym groteskową konwencję. Z jednej strony jako grupa pokazują, że dzieci – tak jak rodzice – noszą w sobie stereotypy i są skłonne Innego nawet skazać na śmierć – czy tą społeczną, czy – jak we „Władcy Much” – fizyczną. Z drugiej strony to z ich „flashowych” wypowiedzi czytamy dramaty, które dzieją się w ich domach.

Nie można nie wspomnieć o ciekawym pomyśle scenograficznym – publiczność jest zaproszona już na wstępie do dokonania pewnego wyboru: może usiąść na huśtawce – nieco dalej od sceny albo też przycupnąć na odwróconych skrzynkach na butelki, ryzykując i niewygodę, i otarcie się o świat biedy, żwirowego wysypiska, ziemi niczyjej. Całość akcji dzieje się wokół wielkiego podestu, na którego ścianach bocznych wyświetlane są obrazy, bez których jednak moim zdaniem spektakl z powodzeniem mógłby się obyć.

Dobrze, że teatr taki temat podejmuje – teatr, który z zasady jest sztuką „wyższą”, zarezerwowaną dla „tych, którzy mają”. Tu otwiera się kolejny temat: dostępu do kultury dla wszystkich. Nawet jeśli otworzymy wszystkie placówki kultury w Polsce, oferując każdemu bezpłatny bilet, nie znaczy to, że rzeczywiście pojawią się w nich wszyscy. „Wykluczeni” nie przyjdą. I to nie dlatego, że nie mają takich potrzeb – powstrzyma ich brak przykładu w rodzinie, wstyd przed oceną, brak odpowiednich ciuchów. Pracę nad scaleniem społeczeństwa trzeba zaczynać „u podstaw” – tak jak np. Stowarzyszenie ATD Czwarty Świat, które daje ludziom wiarę w to, że mogą zmienić życie, biorąc je w swoje ręce czy animatorzy ulicy pokazujący dzieciakom, także mieszkającym po sąsiedzku z Powszechnym, że istnieje inne życie od tego, w którym tkwią od pokoleń.

„Iwona już z nami zostanie” – mówi bohater sztuki. I rzeczywiście. Teatr Powszechny, który się wtrąca, też nie daje spokoju. Iwona w nas zostanie.

Urszula Bisek

IWONA, KSIĘŻNICZKA Z BURBONA
Teatr Powszechny (Warszawa)
autor: Magda Fertacz
reżyseria: Lena Frankiewicz
muzyka: Marek Karolczyk, Kamil Pater
scenografia: Marcin Chlanda
kostiumy: Arek Ślesiński
układ ruchu: Izabela Chlewińska
projekcja video: Roman Przylipiak
obsada: Karolina Adamczyk, Eliza Borowska, Julia Wyszyńska, Jacek Beler, Michał Czachor, Piotr Ligienza, Michał Sitarski gościnnie/dzieci: Emilia Kantecka, Maria Malesa, Karolina Szmytke, Barbara Przybylska, Kamila Tyborowska, Adam Gorzeliński, Igor Kacperski, Mateusz Kamiński, Bartłomiej Mika, Bartosz Stachowski, Iwo Wiciński

3.10.2015

GORZKA PIGUŁKA

O, jak pięknie rozpoczął się tegoroczny festiwal! Krakowski Teatr Figur realizuje spektakle w różnych technikach szeroko rozumianego teatru lalek, jednak teatr cieni pozostaje ich specialitė de la maison. Dagmara Żabska – szefowa teatru i jednocześnie reżyserka przedstawienia – postanowiła tym razem zmierzyć się z trudnym materiałem. Nie jest bowiem łatwo zaadaptować i uwspółcześnić słynnego Króla Maciusia I Janusza Korczaka. Blisko trzystustronicowa powieść należy do kanonu polskiej literatury dla dzieci, lecz mimo nadal inspirującego przesłania, trąci myszką. Zmieniły się realia, zmienił się język. Dlatego szczególne słowa uznania należą się Marcie Hankus (grającej w spektaklu), która potrafiła zachowując główny wątek dramatyczny opowieści, stworzyć zgrabną, konsekwentną i zrozumiałą narrację, jednocześnie nie tracąc wiele z korczakowskiej myśli. Z oryginału zdjęto mrok opisów nędznego sposobu życia i złego traktowania dzieci na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia, które opisywał Korczak. Uwspółcześniono też język dialogów.

Teatr cieni wydaje się formą dość trudną w odbiorze. To jednak pozór, bo przez kadrowanie w ramach ekranu, łączenie obrazów przywodzące na myśl montaż jego odbiór jest zbliżony do percepcji filmu animowanego – tylko że analogowego, posługując się terminologią wypracowaną przez Teatr Figur. A w wydaniu artystów z Krakowa te skojarzenia są uzasadnione ze względu na dynamikę i precyzję przejść między poszczególnymi obrazami wymagającą godnego podziwu kunsztu w operowaniu zarówno lalkami, jak i makietami scenografii. I gdyby nie charakterystyczne rozjaśnienia, rozmycia, falowania obrazu trudno byłoby uwierzyć, że to wszystko dzieje się na żywo. Zresztą zarówno scenografia, jak i lalki są piękne – nieoczywiste i poetyckie. Widok miasta składającego się z obłych wież, obrazek mostku nad rzeką, gdzie spotykają się Maciuś i Felek i rozedrgana od wybuchów przedstawionych bardziej światłem niż dźwiękiem wizja pola bitwy są bardziej sygnałami opisującymi atmosferę miejsc, niż ich odwzorowaniem. Podobnie jest w przypadku lalek, zwłaszcza tych oznaczających postaci ministrów. Każda jest inna, każda odrealniona, wyposażona w cechę uzupełniającą zabiegi animacyjne aktorów. Minister finansów ma wielki brzuch i maleńką głowę, minister wojny wymachuje długą ręką niczym karabinem, a ministra (!) etykiety skacze na jednej nóżce. Spektakl zaczyna się od koncertu bieli ekranu i czerni sylwetek, by w miarę realizowania królewskich reform rozwijać wątek kolorystyczny – czerwień, żółcień, błękit połyskujących w słońcu szybek kolorowych jak dziecięce marzenia.

Gorzko smakuje korczakowska lekcja życia zafundowana młodemu królowi sierocie. Mimo że w spektaklu goryczy jest nieco mniej niż w literackim pierwowzorze, to jednak jej smak rozlewa się w ustach. Ledwo dziecięcemu monarsze uda się opanować chaotycznych ministrów i dzięki bohatersko zwycięskiej bitwie wybić się na niepodległość, szybko traci grunt pod nogami zapamiętały w zmienianiu świata pod dyktando dziecięcych doradców. I choć intencje czyste, to skutek opłakany… Nie jest łatwo w dzisiejszych czasach przyjmować tę lekcję pokory. Stary Doktor grożący palcem przed prawie stu laty przypomina idealistom, że choć walka o lepszy świat wydaje się być najwłaściwszym moralnie wyborem życiowej aktywności, to jednak realia prędzej czy później dościgną każdego marzyciela. Wierzymy w swoje możliwości, wierzymy w przyrodzoną mądrość dzieci, wierzymy w moc gestu jednostki. Trudno łyknąć pigułkę zaaplikowaną przez Doktora.

Magdalena Foks

„Król Maciuś I”
Teatr Figur Kraków (Kraków)
www.teatrfigur.pl
dyrektor teatru: Dagmara Żabska
autor: Janusz Korczak
adaptacja: Marta Hankus
reżyseria: Dagmara Żabska
scenografia: Edyta Stajniak, Agnieszka Polańska, Piotr Idziak
muzyka: Tomasz Krzyżanowski
światło i dźwięk: Murat Kornaev
konsultacje animacyjne: Agnieszka Makowska
obsada: Dominika Byrska, Mateusz Wróbel, Tadeusz Dylawerski, Marta Hankus

3.10.2015

Korczak rozpoczął Festiwal KORCZAK

Ruszyło! “XIX Międzynarodowy Festiwal Teatrów dla Dzieci i Młodzieży KORCZAK uważam za otwarty” zabrzmiało w murach Teatru Powszechnego. Pękającą w szwach widownię pełną dzieci i gości witali dyrektor Festiwalu Grażyna Karwowska - Winiarek, dyrektor artystyczny Wojciech Faruga i dyrektor honorowy Festiwalu Maciej Wojtyszko. “Kochane dzieci, kiedy byłem taki jak wy, albo trochę mniejszy, zacząłem przeglądać w księgarni książkę Janusza Korczaka “Sława”. Dobrze zapamiętałem słowo autora do dzieci: “Dążcie do sławy, może coś z tego będzie”. Mam nadzieję, że dzieci, które przychodzą na festiwalowe przedstawienia uświadomią sobie tutaj, że warto się starać. I cieszę się, że są jeszcze tacy, którzy walczą o to, by dzieci wychowywane były przez teatr.”

Czym innym rozpocząć KORCZAK Festiwal, jak nie inscenizacją powieści Korczaka właśnie. “Król Maciuś I” Teatru Figur z Krakowa w reżyserii Dagmary Żabskiej i adaptacji Marty Hankus to niezwykle interesująca i wymagająca propozycja dla dzisiejszego młodego  widza. To teatr obrazu, cienia, światła, to teatr świata “po drugiej stronie ekranu”. Ekranu, który nie karmi codzienną sieczką, a subtelnymi, budowanymi na wyobraźni dziecka ruchomymi obrazami. Postaci - wycyzelowane wycinanki, każda w swej wycinankowatości urokliwie kontestująca swoje słabostki i przywary - to cała plejada oryginałów i dziwaków. A że kobiety przodem - więc jak to mawiał Maciuś - ministra spraw zewnętrznych - uosobienie “ą, ę” z zaciśniętą na szyi kryzą, ułożonymi w kokieteryjnym goście rączkami i dygającą wciąż ugrzecznienie nóżką, ministra edukacji - jakże dobrze znana ze szkoły grożąca palcem jaśnie zasadniczość, bezrefleksyjnie niszcząca prawdziwą dziecka ciekawość świata, bombowy, przepraszam - wystrzałowy minister wojny wywijający długą jak lufa karabinu ręką, w spodniach niczym zdarte z czołgu gąsiennice, szukający wciąż awantury, ogromny, maleńkogłowy (czyżby nie miał głowy do pieniędzy?) minister finansów, balansujący na jednokołowym rowerku z rozpostartymi szeroko ramionami, jakby chciał się nachapać, a przy tym nie upaść… Czy my dorośli nie zapracowaliśmy, by dzieci takimi nas widziały? Króla Maciusia otaczają pyszni, przemądrzali, zapatrzeni w siebie ministrowie, króla Maciusia otaczamy my sami… Jakże trafiający do wyobraźni jest zabieg oddalania figury od źródła światła, gdy perrorujący do Maciusia dorośli nadymają się, spoglądając na chłopca wysoko z góry - nie potrafimy kucnąć, by patrzeć dziecku w oczy, kiedy do niego mówimy. Jesteśmy wtedy wielcy, niedostępni, ważni, groźni… A może chcemy tacy być? Każdy minister o swoim tylko resorcie, każdy dla swojego tylko resortu, a Maciusiowi... zimno. Jakże mało istotne są ważne sprawy tego świata wobec braku kaflowego pieca… Ile my dorośli tracimy, ile spraw nam umyka, kiedy głowimy się nad zdawałoby się najważniejszym... Osamotniony Maciuś nie jest jednak sam - stary Doktor wspiera go mądrym słowem i próbuje powściągać dziecięcą naiwność. On wie, jak mały krok może dzielić chłopięce trenowanie plucia z mostku do rzeki, od wymyślenia prawdziwej wojny…  “Państwa są jak dywany. Od czasu do czasu potrzebują przetrzepania” - a przecież minister finansów marzy o  wojnie… I choć to tylko błyski, pełno huku, kilka drucików, kółek zębatych  - co wytrwalsi przełknęli ślinę, a słabsi dla uspokojenia odszukali wzrokiem drzwi… Czułam trzęsienie ziemi po wybuchu, czułam wibracje broni po wystrzale. Na naszych oczach dziecku zawala się świat... ono nie chce już wojny, woli go upiększać. Powołuje Dziecięcy Parlament, brukselkę zastępuje zieloną czekoladą, samochody hulajnogami, a z ministrem finansów rozmawia o huśtawkach… Utrzymany w bieli i czerni obraz nabiera baśniowych kolorów, wieże burego miasta zastępują urokliwie barwne wieżyczki, ministrowie nabierają odcieni, wszyscy nabieramy optymizmu - “wszystko będzie inaczej, wszystko będzie wspaniale”. Niestety do wszystkiego trzeba dorosnąć… i kiedy policja siedzi na trzepakach, wojsko gra w piłkę, a w szpitalu umierają ludzie, bo dzieci bawią się w lekarzy, Maciuś przeprasza się ze starym porządkiem. “To rządzenie dla dzieci, to nie jest taka prosta sprawa. - Dla nikogo nie jest - odpowiada Doktor. Może nie miałem być królem” powiedział już nie Maciuś, a Maciek… Nowy, inny, współczesny i prosty zarazem “Król Maciuś I” to mądra przypowieść o tym, że każda rzecz ma swój czas, a każda decyzja wymaga przyjęcia na siebie ciężaru odpowiedzialności… Bajeczna, rytmiczna niczym dziecięca wyliczanka muzyka Tomasza Krzyżanowskiego również opowiada tę historię. Obejrzałam ten spektakl z ogromnym zainteresowaniem dwa razy i dwa razy znalazłam w nim coś nowego, coś ważnego. Wielkie uznanie dla artystów za narzucenie sobie jak dobrze znanego nam z innego ekranu szybkiego i płynnego rytmu opowieści i... dotrzymywanie mu kroku!

Po przedstawieniu aktorzy zdradzali ciekawskiej widowni tajemnice powstawania tego pięknego i skłaniającego do myślenia przedsięwzięcia, dzieci żywo zainteresowane były lalkami, jak i z czego artyście je stworzyli i oczywiście życzyły sobie widzieć bohaterów w akcji po ich – widzów stronie ekranu. A przy okazji tej rozmowy wyszło na jaw, że aktorzy Teatru Figur z Krakowa również, tak jak ich młodzi widzowie czytają bajki!!!

Króla Maciusia koniecznie trzeba znowu zaprosić do Warszawy! I pokuszę się o refleksję, że dzieci starsze niż 7 - 10 letnie również są adresatami tej opowieści. Zapraszamy!!!

Spektakl został zrealizowany w ramach Konkursu na Inscenizację Dawnych Dzieł Literatury Polskiej “Klasyka żywa” zorganizowanego okazji 250 - lecia teatru powszechnego.

Zuzanna Talar

„Król Maciuś I”
Teatr Figur Kraków (Kraków)
www.teatrfigur.pl
dyrektor teatru: Dagmara Żabska
autor: Janusz Korczak
adaptacja: Marta Hankus
reżyseria: Dagmara Żabska
scenografia: Edyta Stajniak, Agnieszka Polańska, Piotr Idziak
muzyka: Tomasz Krzyżanowski
światło i dźwięk: Murat Kornaev
konsultacje animacyjne: Agnieszka Makowska
obsada: Dominika Byrska, Mateusz Wróbel, Tadeusz Dylawerski, Marta Hankus

 

 

 

 

 


Copyright 2015 (C) Korczak. Realizacja: MATEO